Wspomnienia z Laosu – wodospad Kuang Si

Drugiego dnia naszego pobytu w Luang Prabang zdecydowaliśmy się na wycieczkę rowerową do wodospadu Kuang Si, jednej z największych atrakcji Laosu. Można się tam dostać wszędobylskimi tuk-tukami za rozsądne pieniądze. Jednak my postanowiliśmy dojechać tam nieco bardziej alternatywnym środkiem transportu… rowerem :)

Wycieczkę zaplanowaliśmy razem z Moniką, Polką, która poznaliśmy w Kunmingu. Udało nam się ją spotkać ponownie w Laosie. Monika po opuszczeniu Chin zaczęła podróżować z bardzo sympatyczną Niemką, Claudią, która chętnie przystała na dołączenie do nas. Dojazd do wodospadu, oddalonego o ok. 35 km byłby prawdziwą przyjemnością pod jednym warunkiem – że ma się sprawne rowery. Podczas naszego całego pobytu w Azji napotykaliśmy na lepsze lub gorsze rowery. Jednego jednak można być pewnym – jeśli ma się powyżej 180 cm wzrostu, będzie się cierpieć z powodu zbyt małej ramy. Nogi szybko się męczą, bo nie można ich wyprostować. A oprócz tego zawsze mogą wyskoczyć dodatkowe kwiatki… tak jak w tym przypadku.

W jednym z punktów wypożyczania rowerów, których w mieście nie brakuje, znaleźliśmy odpowiednie pojazdy. Zacząłem od razu manipulować przy siodełkach, które były przekrzywione do tyłu. Skutek był taki, że ciało zsuwało się również do tyłu i można było wylądować tyłkiem na oponie. Nie licząc ewentualnych urazów dolnych partii ciała, pozycja była strasznie niewygodna. Dostałem więc klucz imbusowy i całej naszej czwórce poprawiłem siodełka. Pracownik agencji turystycznej, z której wypożyczaliśmy rowery powiedział, żebym lepiej wziął klucz ze sobą – w razie czego. Dobrze wiedział, że siodełka będą się deregulować co jakiś czas, stąd troska o nasz komfort. Jeśli o jakimkolwiek komforcie można było mówić…

Jeszcze przed wyjechaniem z miasta zatrzymałem się ze 2 razy, żeby poprawić siodełko. Pół biedy, kiedy jechaliśmy po płaskim. Gdy zaczął się najdłuższy i największy, ok. 2 km podjazd, miałem totalnie dosyć, aż w końcu nawet zsiadłem z roweru i zacząłem go prowadzić. Skutek był taki, że na miejsce dojechałem ostatni, zmęczony i zły na maksa. Jednak cały trud został w 100% zrekompensowany tym, co czekało na nas na miejscu. Słowa tego nie opiszą, po prostu obejrzyjcie zdjęcia.

Dojście do wodospadu było suche – kiedy Kasia była w tym samym miejscu 7 lat temu, musiała przedzierać się przez potoki płynące po ścieżkach. Ilość wody w wodospadzie też znacznie się różniła, co możecie zaobserwować na tym zdjęciu. Jednak w niczym to nie przeszkadzało, żeby w jednym z basenów  urządzić sobie skoki do wody. Śmiałem się nawet, że mogę się zatrudnić jako pomoc przy ściąganiu liny. Była ona zawieszona na końcu gałęzi, do którego prowadziły drewniane śliskie stopnie. Niektórzy  mieli spore opory by po nich przejść i ściągnąć linę. Mnie nie sprawiało to większego problemu, stąd pomyślałem, że mógłbym kasować po 10.000 kipów za pomoc w łowieniu liny :P

Naszym zabawom nie było końca. Dopiero kiedy dziewczyny oświadczyły, że muszą się zbierać do Luang Prabang, bo muszą pozałatwiać jeszcze kilka rzeczy przed dalszą podróżą, osuszyliśmy się i wróciliśmy do miasteczka. Znów przeklinając (głownie ja) badziewne rowery, jednak mając w pamięci super zabawę na linie.

Więcej zdjęć z wodospadu Kuang Si znajdziecie w galerii zdjęciowej.

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , , ,