Wspomnienia z Laosu – Luang Prabang

Po opuszczeniu laotańskich wioseczek, udaliśmy się do jednej z największych, a zarazem najbardziej turystycznych miejscowości Laosu – Luang Prabang. Z uwagi na liczne świątynie buddyjskie oraz fakt, iż miasto było stolicą królestwa o tej samej nazwie, Luang Prabang zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ponadto znane jest również z bardzo pięknego zwyczaju, o którym przeczytacie w kolejnych postach z Luang Prabang.

Jedna z najpiękniejszych świątyń w mieście znajduje się na terenie muzeum narodowego, które kiedyś było pałacem królewskim

Naszą podróż do Laung Prabang zaczynamy od przetransportowania się łódka z Muang Ngoi Neua do Nong Khiaw. Wsiadamy do niej razem z Kristofem oraz bardzo sympatyczną parką (Brytyjczyk i dziewczyna z Nowej Zelandii). Ponieważ do odjazdu autobusu mieliśmy jeszcze godzinę, postanowiliśmy skoczyć do knajpki po drugiej stronie mostu, skorzystać z neta. Na pół godziny przed odjazdem autobusu żegnamy się z naszymi towarzyszami i idziemy na dworzec. Na miejscu okazuje się, że to nie autobus tylko songthaew (czyta się mniej więcej sontif) – najpopularniejszy środek transportu w Laosie (zaraz po Toyocie Hilux i tuk-tuku :P ). Wrzuciliśmy plecaki na dach, który podobny jest do dna odwróconej łódki, wsiedliśmy na przyczepę, wyciągnęliśmy Kindle i rozpoczęliśmy 4-godzinną przerwę na czytanie, połączoną z dojazdem do Luang Prabang. Na pace oprócz nas siedziała Japonka, kilkoro Francuzów i lokalsi. Japonka po nieudanych zalotach w moim kierunku, zaczęła startować do jednego z Francuzów, który był znacznie bardziej przychylny na jej umizgi (a może to tylko mi się tak wydawało, że robiła maślane oczy do każdego faceta?).

Po dojechaniu na miejsce oczywiście wykonujemy standardową operację poszukiwania taniego noclegu. Weszliśmy w małą uliczkę, naszym śladem podąża Japonka z Francuzem, z którym najwidoczniej są już w bardzo dobrej komitywie. Bierzemy z Kasią pokój, po czym widzimy, że nowo poznana parka też pakuje się do jednego pokoju. – Szybcy są – myślę sobie :)

Jak to napisał jeden z naszych znajomych na profilu facebookowym, jest to świnia w dużym kagańcu

Zaraz po zostawieniu swoich klunkrów idziemy “na miasto”. Kasia nie może się powstrzymać przed obejrzeniem wszystkich świątyni. Ja idę na tą wycieczkę z kindlem w dłoni – Kasia zwiedza kolejne przybytki sakralne, ja czytam książki – wilk syty i owca cała :)

Ruszamy na podbój świątyń… z kawą na wynos

Wieczorem idziemy na kolację na małą uliczkę przy ulicznym targu. Za 10.000 kipów, czyli 1 uero można nabrać tyle jedzenia, ile się zmieści na talerzu. W ramach takiego bufetu serwowane są jedynie dania jarskie, jednak wybór jest na prawdę niezły. Jeśli ktoś miałby ochotę na mięsko, za dopłatą 10.000 lub 20.000 kipów można domówić pierś z kurczaka albo rybkę – warto!

Na nocnym targu można spotkać bardzo dużo białasów – nic dziwnego, jedzenie jest tanie, smaczne i świeże

robimy sobie wycieczkę na górę, z której jest bardzo ładny widok na miejscowość oraz Mekong. Jednak niebo jest zachmurzone – nici z pięknego, sławnego zachodu słońca nad Mekongiem. Jednak rekompensujemy sobie to zakupami na pobliskim targu, oferującym niezliczone ilości jedwabnych szali, spodni, koszulek i innego rodzaju pamiątek.

Główna ulica Luang Prabang zamienia się wieczorem w jedno wielkie targowisko

Plan wykonania zakupów w ostatni dzień pobytu w Luang Prabang spala na panewce – od razu kupujemy kilka szali jako prezenty dla rodziny :)

Więcej zdjęć z Luang Prabang oraz Laosu

 

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , , ,