Wspomnienia z Laosu – Nong Khiaw

Po wyjeździe z Luang Nam Tha, skierowaliśmy się do kolejnej małej miejscowości w północnym Laosie – Nong Khiaw. Jest ona znana z krajobrazu krasowego – przypomina on nieco mogoty w Guilin. Miejscowość jest malowniczo położona nad rzeką, przez którą przerzucony jest most, łączący starszą część, w której głównie mieszkają Laotańczycy z nową, pełną hosteli, bungalowów i knajpek.

Podróż z Luang Nam Tha do Nong Khiaw zaczęliśmy od busika, który sprawnie radził sobie z wertepami laotańskich bezdroży (no dobrze, pół-droży, bo gdzieniegdzie był asfalt :P ). Kasia stwierdziła, że i tak jest lepiej, niż miało to miejsce 7 lat temu, kiedy to z rodzicami i siostrą wybrali się do Laosu i Tajlandii. Wtedy, w porze deszczowej, nieutwardzone drogi zamieniały się w glajdowisko, możliwe do pokonania praktycznie tylko przez samochody terenowe – stąd w Laosie jednym z najpopularniejszych samochodów jest Toyota Hilux i jej podobne.

Właśnie takimi drogami podróżuje się po Laosie

Po dojechaniu do Pak Mong, wysiedliśmy z busika i zaczęliśmy poszukiwania busa czy innego środka transportu do Nong Khiaw. To zaledwie 20 km, jednak okazało się, że busa czy autobusu nie ma. Byliśmy skazani na mafię tuk-tukową. Nie chcieliśmy płacić sami 100.000 kipów (10.000 kipów = 1 uero), bo na rozkładzie jazdy jak byk pisało, że należy się 20.000 za osobę (nie to żebyśmy znali laotański, ktoś z tubylców wskazał nam właściwą pozycję na tablicy :P ).  Po pół godzinie oczekiwania na rozwój wydarzeń, z autobusu jadącego do Luang Prabang, wysiadła parka Hiszpanów. Aleix i Laia też jechali do Nong Khiaw, zaczęliśmy więc wspólnie targować się o cenę. W końcu po długich deliberacjach, lokalny boss tuk-tukowców zgodził się na to, żeby dowieźć nas do naszej destynacji za ustalone 20.000 kipów od osoby. Wpakowaliśmy się na przyczepkę i pojechaliśmy.

Tablica informacyjna na dworcu w Pak Mong na pewno pamięta jeszcze czasy Wojny Indochińskiej.

Po dojechaniu na dworzec w Nong Khiaw, zaczęliśmy rozglądać się za miejscem na nocleg. Mijane przybytki nie wyglądały zachęcająco – patrząc na niektóre budynki miałem wrażenie, że zrobione były z dykty. Na dodatek były zatęchłe i z pewnością miały licznych współlokatorów w postaci robactwa. Za to znaleźliśmy najtańszą knajpę we wsi – była prowadzona przez starsze małżeństwo, które bez problemu dogadywało się z nami po angielski. Po przejściu przez most można znaleźliśmy dużo bardziej przyzwoite miejscówki za 30.000 kipów za noc. Po zostawieniu rzeczy w hostelu, wróciliśmy do rodzinnej restauracji, gdzie Hiszpanie zamówili bardzo przyzwoite indyjskie jedzenie.

Lewobrzeżna część wioski to zamieszkała głównie przez Laotańczyków ostoja spokoju.

Jedna z nielicznych rozrywek we wiosce – oglądanie walk kogutów

Następnego dnia z rana poszliśmy do tych samych państwa na śniadanie. Tu jednak nieco się nadzialiśmy z Kasią – zamawiając naleśniki, oczekiwaliśmy typowych płaskich naleśników. To, co dostaliśmy przypominało bardziej ogromnego pączka, który został mi podany wraz z masą czekoladową (prawdopodobnie rozpuszczone kakao). Po nieudanej próbie zjedzenia całej porcji, miałem wrażenie, że odjadę z nadmiaru cukru. Od tej pory nigdy już nie zamówiliśmy u lokalsów naleśników.

Oto i trefny naleśnik – mój z czekoladą, Kasiny z bananami. Jednak kawa laotańska z mlekiem zagęszczonym i lodem – pyszota

Nawet kurczaki nie chciały jeść resztek naleśnika

Po śniadaniu wybraliśmy się od razu do jaskini. Dojście do niej jest dziecinnie proste. Zaraz za mostem należy skręcić w lewo w gruntową ścieżkę, nie sposób jej nie znaleźć – jest nawet znak. Po dojściu do wioski kupuje się bilet i dalej droga prowadzi przez pola ryżowe – idzie się miedzą między jednym poletkiem a drugim.

Taką właśnie dróżką dochodzi się do jaskini

Swoją drogą, warto zauważyć, że pola ryżowe to istny majstersztyk – miedza jest skonstruowana niczym mały wał przeciwpowodziowy – z jednej strony ma za zadanie utrzymać wodę na polu. Z drugiej strony w bankach (od angielskiego embankment – nasyp, wał ziemny, grobla) wydrążone są drobne otwory – przepływ gwarantuje, że woda nie stoi, krąży po polach, przez co nie jest zatęchła. Poletka są tak skonstruowane, że woda spływa niczym po kaskadach.

Banki mają za zadanie utrzymywać wodę na polu

Do jaskini wchodzi się stromym zejściem, także trzeba uważać. Jest w niej całkowicie ciemno, więc należy wziąć ze sobą latarki lub czołówki, których nie ma w punkcie zakupu biletów. W jaskini można spotkać latające pod sufitem nietoperze. Nie wydaje się ona szczególnie długa, choć nie dane nam było dojść do jej końca – pod koniec korytarza należało zejść w dół. A że nie było żadnej pomocy w postaci drabiny, postanowiliśmy się nie pakować do dołu (to znaczy ja wszedłem, ale reszta kompanii nie bardzo miała na to ochotę).

Koniec korytarza – “Czy musimy schodzić w ten ciemny dół?”

Po powrocie z jaskini idziemy coś zjeść i oraz sprawdzić rozkład jazdy autobusów do Luang Prabang. Wracając do naszego hostelu, spotykamy naszych Hiszpanów rozmawiających z dwoma gośćmi. Okazują się to być Kristof, Belg, oraz Max – Amerykanin pochodzący z Dominikany. Stąd Laia i Aleix mogą swobodnie rozmawiać z nim po hiszpańsku. Zasiadamy wspólnie do wieczornego piwka, spędzając bardzo miły wieczór. Nazajutrz wspólnie łapiemy łódkę do Muang Ngoi Neua, do której można dostać się jedynie drogą wodną.

Nasza paczka, od lewej: Max, Aleix, Laia, my oraz Kristof

Wszystkie zdjęcia z Nong Khiaw znajdziecie w galerii

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, ,

  • http://www.facebook.com/marcin.j.fejfer Marcin Fejfer

    Dzięki! Swoją drogą te Hiluxy to muszą być tam subsydiowane. Może byłoby mnie stać gdybym mieszkał w Laosie ;)

    • http://gapyearinkunming.pl/ Krzysztof Benedykciński

      Też tak myślę, możliwe, że mają jakieś preferencyjne ceny kredytów