Wspomnienia z Laosu – Muang Ngoi Neua cz. 1

Kolejnego dnia rano udaliśmy się do wioski Muang Ngoi Neua, która oferuje takie atrakcje jak zwiedzanie jaskini, trekkingi do okolicznych wioseczek czy kąpiel w krystalicznie czystej rzece. Ale najpierw trzeba się do niej dostać – dopłynąć łódką, bo innej opcji nie ma :)

Wymeldowujemy się z hostelu około 8:30 i idziemy na drugą stronę rzeki, przy której znajduje się przystań łódek odpływających do Muang Ngoi Neua oraz w przeciwnym kierunku – Luang Prabang. Teoretycznie mamy odpływać o 9, ale załadunek naszej łodzi dług trwa. Mamy wrażenie, że krypa jest też zdecydowanie przeładowana. Jedni z białasów w pewnym momencie sygnalizują, że łódź zaczyna przeciekać.

Nawet lokalsi mieli wątpliwości czy krypa da radę

Któryś z Laotańczyków łata dziurę w dnie (nie mam pojęcia czym – może gumą do żucia?), po czym na łódź pakują się kolejne osoby i pakunki. Drewniana konstrukcja trzeszczy coraz bardziej, jednak jak widać na poniższym zdjęciu, humory dopisują :)

Ciasno, ale wesoło

Po ok 1,5h dopływamy do celu. Jak zwykle rozglądamy się za noclegiem. Bungalowy z widokiem na rzekę są kuszące, więc pytamy o cenę – 30.000 za noc daje radę. Jest moskitiera, hamak i prąd z generatora od 18 do 22. Po zostawieniu rzeczy idziemy na lunch  i startujemy do najbliższej jaskini. Wyruszamy sporą paczką – wędrują z nami Aleix i Laia (Hiszpanie), Max (Amerykanin) i Kristof (Belg) oraz nowo poznana parka Szwajcarów – Antoine i Sabrina. Mijamy pola ryżowe, ludzi wracających do wioski, spracowanych wieśniaków brodzących po kolana w błocie. Większość spotkanych osób bardzo przyjaźnie reaguje na białasów i ochoczo odpowiada Sabaidi  (dzień dobry).

Takie właśnie mamy widoczki podczas spaceru po okolicach Muang Ngoi Neua

Po dojściu do pierwszej osady, następuje zakup biletów – miejscowi już się pokapowali, że białasy bardzo ochoczo odwiedzają jaskinie oraz miejscowe wioseczki, więc starają się na tym zarobić, po 20.000 kipów od głowy (2 euro). Zaraz po zakupie biletów pojawia się znak prowadzący do jaskini. Nie jest ona szczególnie duża, jednak nie dane nam było znaleźć jej koniec – w pewnym momencie napotyka się małe, acz bardzo głębokie (woda ma wręcz czarny kolor, bo nie widać dna) oczko wodne, które trzeba pokonać, żeby przejść dalej. Nie ryzykujemy więc i wycofujemy się.

Eksplorujemy kolejną jaskinię

Ponieważ dzień powoli się kończy, decydujemy się jeszcze na kąpiel w krystalicznie czystej wodzie, która wypływa z wnętrza jaskini, i wracamy do wioski. Dzień kończymy kolacją w restauracji indyjskiej, która serwuje przepyszne jedzenie. Po 9 miesiącach jedzenia smażonego chińskiego jedzenia, gotowane indyjskie jedzenie pochłaniamy niczym wygłodniałe wilki. W kajpie siedzimy tak długo, że kiedy wracamy do naszego bungalowa po pierwsze nie ma już prądu, a pod drugie jest w nim pełno… niechcianych współlokatorów. Tak wielkich karaluchów jeszcze nie widziałem. Zabieramy plecaki i przenosimy się do pustego pokoju obok, w którym o dziwo nie ma śladu po robactwie.

A to prawdziwa stonoga

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, ,