Wizyta w chińskiej szkole

W tym tygodniu zostałem poproszony przez znajomych z English Cornera (cotygodniowe spotkania, w czasie których chińscy studenci starają się rozmawiać po angielsku) o uczestnictwo w zajęciach edukacyjnych z dziećmi z chińskiej podstawówki. Nasze zadanie polegało na tym, żeby pojechać do szkoły i pobawić się z dzieciakami, a jednocześnie poćwiczyć z nimi angielski.

Wyjechaliśmy spod uczelni grupą 20-30 studentów. Osoba odpowiedzialna za zorganizowanie, Chinka Maria dzierżyła w dłoni nawet agendę spotkania. “Wow, ale są nieźle przygotowani” – pomyślałem. Jednak na miejscu okazało się, że wszystko bardziej polega na improwizacji niż na przygotowanym repertuarze gier i zabaw. Po co więc ta agenda? Może bardziej jako czynnik “uspokajający”, że mają wszystko pod kontrolą? Musicie wiedzieć bowiem, iż Chińczycy rzadko improwizują, wolą raczej mieć coś ustalone, zorganizowane i przygotowane. Na ogół w tym celu spotykaj się wcześniej, żeby ustalić co i jak.

Sharpa podczas swoich zabaw

Oprócz mnie, drugim laowa’iem był Sharpa, hindus, uczący się chińskiego w Kunmingu. Miał za zadanie nauczyć dzieciaki prostej piosenki. Zdaje się, że w tekście było coś o spadającej z nieba łasce. Ciekaw jestem czy była to przygotowana misja chrystianizacyjna czy po prostu nie znał innej. Następnie dzieciaki podskakiwały w rytm innej śpiewanej przez Sharpa’ę piosenki. Kiedy kończył śpiew i wykrzykiwał jakiś numer, np. 5, dzieciaki musiały się dobrać szybko w pięcioosobowe grupki. Ja też wmieszałem się w tłum dzieciaków, żeby pomóc im się liczyć po angielsku. Co najbardziej mnie zdziwiło, to to, że większość Chińczyków, którzy przybyli do szkoły razem ze mną stali z boku, przypatrywali się bądź robili zdjęcia. Czyżby brakowało im odwagi, żeby bawić się z dziećmi? Czy po prostu uważali to za zbyt dziecinne? Ciekawe, bo sądząc po wyglądzie i infantylnym zachowaniu chińskich studentów, sami mogliby skończyć dopiero co podstawówkę.

Dzieciaki były naprawdę sympatyczne i widać było, że dobrze się bawiły

Ja z kolei na szybko przygotowałem grę w kolory – dzieci utworzyły okrąg, w którego środku stałem z piłką. Podczas rzucania piłki krzyczałem nazwę koloru, na “czarny” nie można było jej łapać. Jeśli ktoś już ją złapał, musiał powiedzieć wierszyk albo coś zaśpiewać. Generalnie dzieci nie były zbyt chętne do publicznego wystąpienia, szczególnie przed obcymi, ku uciesze reszty dzieciarni – wiadomo, nie ma nic lepszego niż pośmiać się z kolegi :P . Na koniec zatańczyliśmy jeszcze wspólny taniec i dzieciaki mogły już zajadać się słodyczami – kiedy jedna z koleżanek przyniosła paczkę z batonikami, dzieciaki nieomal się stratowały, żeby dostać coś dla siebie.

No to tańczymy! Yuhu! :)

Dzieciarnia rzuciła się na torbę ze słodyczami... dantejskie sceny :P

Podsumowując – fajnie było zrobić coś dla lokalnej społeczności :)

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , , ,