W szpilkach na szlaku, czyli majowy weekend na górze Jiaozi

Ponieważ tak się składa, iż 1. maja to również dzień wolny w Państwie Środka (ciekawe dlaczego? :P ), a poniedziałkowe (30.04) zajęcia zostały odrobione, mieliśmy znowu kilka dni wolnego. Postanowiliśmy spędzić je w górach, o których Kasia dowiedziała się na jednym z lokalnych portali. A konkretnie na terenie parku Śnieżnej Góry Jiaozi (jiaozi w tym przypadku znaczy “palankin”).

Jak zwykle zaczęliśmy naszą małą podróż z przygodami. Po raz kolejny przekonujemy się, że w Chinach nie można ufać informacji w Internecie. Należy raczej dzwonić na specjalne infolinie, żeby dowiedzieć się czegoś na temat dojazdu, pogody i może nawet tego jak naprawdę będzie wyglądało to miejsce. Bowiem nasze wyobrażenia o miejscu, do którego chcemy jechać mogą być zgoła inne od tego, co zastaniemy na miejscu. Wracając jednak do meritum, okazuje się, że znów przyjechaliśmy nie na ten dworzec – wszystkie bileterki w kasach odsyłają nas do stu diabłów. Bierzemy szybko taksę i przemierzamy pół Kunmingu, żeby dojechać do właściwego dworca. Tam na szczęście udaje nam się kupić bilet do Zhuanlong. Stamtąd podobno będziemy mogli wziąć minibusa jadącego już bezpośrednio pod górę. Podobno jest tu słowem kluczowym…

Na ulotce góra wygląda co najmniej jakby rodem z Himalajów. Śnieg, lodospad i kwitnące drzewa – chory wymysł szalonego grafika :P

W Zhuanlong podrzucają nas pod jakąś agencję turystyczną. Okazuje się, że albo wszyscy świętują i busiki nie jeżdżą, albo dają takie stawki za wynajęcie całego minibusa, że kapce z nóg spadają – 400 kuai’ów (200 zł). Nie ma bata, musimy znaleźć inne wyjście. Pytamy kierowcę autobusu, czy jedzie dalej. Ten mówi, że tak, ale pod samą górę nie podjedzie. Mówimy, że nie ma problemu, pójdziemy z buta najwyżej. Ten szczerzy się, pokazując szereg krzywych zębów i pukając się w głowę: “za daleko, będziecie szli 2-3h”. “Nie szkodzi. Jak trzeba, to pójdziemy” – odpowiadamy, w myśli licząc na to, że uda nam się złapać stopa. Do wymiany zdań dołącza pani siedząca obok kierowcy, która tłumaczy nam, że to rzeczywiście to daleko, że trzeba było przyjechać wczoraj, a najlepiej z przewodnikiem, tragarzem i zastępem jaków. Serdecznie dziękujemy za wszelkie rady ciotki Włady (jak to Kasia zwykła mawiać) i prosimy grzecznie, acz stanowczo, żeby kierowca po prostu jechał i się nie wymądrzał, a pani wsadziła swoje mądrości życiowe w kieszeń.

Plan był taki, że po wyjściu z autobusu łapiemy stopa. Kasia zatrzymała pierwszy napotkany samochód! Jechała w nim rodzinka z Kunmingu,  również na górę Jiaozi. Mieli 2 wolne miejsca, więc od razu zgadzają się  zabrać nas ze sobą. “To łatwiejsze niż w Polsce” – pomyślałem :) Tak może i jest, ale jeśli chodzi o obcokrajowca. Chińczycy bowiem szybciej zaufają laowai’owi niż Chińczykowi. Wydaje się to dziwne, aczkolwiek codziennie spotykamy się z takim podejściem.

Oto chińska rodzinka, która podwiozła nas pod samą górę

Do granicy parku, na terenie którego jest góra, jedziemy dobre 15-20 minut, mijając po drodze rogatki i kasę biletową. Studencki kosztuje 50 kuai’ów, w cenie jest już wliczony transport autobusem pod dolną stację kolejki, z której korzysta większość Chińczyków. Bo jak powiedział pan z obsługi “podejście jest bardzo męczące”. Zapewne, ale po to tu właśnie jesteśmy :)

W Polsce przy wejściu na szlak górski uiszcza się najczęściej drobną opłatę typu 2zł. Szlaki, które są po prostu kamienną drogą, są oznaczone kolorami, a do pomocy w orientowaniu się w terenie służą mapy z uśrednionymi czasami przejść danego szlaku, poziomicami, skalą – przywykliśmy do tego typu rozwiązań. W Chinach natomiast panuje totalna dezinformacja, która ma na celu skłonić stadko niczego nieświadomych klientów do zapłacenia za przewodnika, autobus, bryczkę, meleksa, kolejkę linową a przede wszystkim trochę informacji. A do tego górskie szlaki wyłożone są… drewnianymi kładkami. Dlatego najczęściej jadąc w chińskie góry nie trzeba mieć nawet butów trekkingowych.

Prawie jak w górach…

Cóż zrobić, taki urok Chin. Z naszych obserwacji wynika, że góry wyzwalają w Chińczykach zew natury. Biegali po nich jak szaleni, po czym zatrzymywali się zmęczeni niczym po maratonie, krzyczeli, nawoływali się nawzajem – po prostu jakby świeże powietrze w połączeniu z wysokością pomieszały im totalnie zmysły. Zamknięci w betonach wielkich miast są tak nieprzyzwyczajeni do widoku natury, że kiedy już się z nią stykają dostają głupawki.

Chińczycy od razu oszaleli na widok śniegu

To jednak nie wszystko. Najciekawsze jest to, w co są ubrani i co ze sobą niosą nasi żółci przyjaciele.

Buty na obcasie rzeczywiście mogą być trochę niewygodne…

Płaszcz, torebka, adidasy – zestaw niemal idealny…

Parasol rzecz święta…

Siaty, siatki i siateczki…

Idzie sobie człowiek, a tu nagle jakaś dziwna bramka – że niby ktoś miałby wjeżdżać na górę motocyklem czy jak?

Jakby komuś było słabo, zawsze może kupić trochę tlenu :P

Strzępy informacji, które dostaliśmy od nauczycielki Kasi również okazały się nie do końca prawdziwe. Oprócz drogiego noclegu za 100-300 kuai’ów w drewnianych domkach, nic innego nie było dostępnego. Na dodatek to co było, było już zajęte. Chcieliśmy zapłacić jakiemuś ziomkowi, który pilnował budy robiącej za stołówkę, żeby pozwolił nam zostać w niej na noc, jednak ten nie zgodził się. Dlatego zeszliśmy do dolnej stacji kolejki, gdzie mieściły się wyżej wymienione noclegownie. Kasi udało się przekonać ziomków z obsługi, żeby udostępnili nam kawałek podłogi w jakimkolwiek pomieszczeniu. Ponieważ od różnicy wysokości  rozbolały nas głowy, zasnęliśmy niemal natychmiast.

Oto moje posłanie (wraz z moją osobą w śpiworku :) )…

… a to Kachny – bardzo wygodna wiklinowa, lekko przykrótkawa sofa :)

Następnego dnia poszwędaliśmy się jeszcze po okolicy po czym zabraliśmy się za łapanie transportu powrotnego do Kunmingu. Poszliśmy na parking, gdzie niczym sępy czekaliśmy na kolejne wyjeżdżające samochody. Tym razem postaliśmy trochę dłużej, jednak nadal w granicach rozsądku. Z postojem na obiad, zostaliśmy podwiezieni praktycznie pod samo mieszkanie w Kunmingu.

Wszędobylskie schody sprawiły, że zdobycie szczytu to na prawdę nic trudnego

Ciekawe jest również to, że niektórzy moi znajomi po powrocie pytali mi się czy nie potrzebowaliśmy jakiegoś specjalnego sprzętu, żeby wejść na górę. “Ale jakiego sprzętu? Przecież tam są schody na sam szczyt?!” “No bo to przecież niebezpieczne” – ripostowali.

Pomijając wszystkie chińskie udziwnienia, miejsce jest bardzo ładne i godne polecenia

A może to my jesteśmy dziwni, biorąc wielkie plecaki, ze śpiworami, kurtkami przeciwdeszczowymi, jedzeniem, piciem, czołówkami i ciężkimi butami trekkingowymi? Sam już nie wiem…

Więcej widoków z góry Jaiozi znajdziecie jak zwykle w galerii.

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , ,