Wystający gwóźdź należy wbić

Znowu się przekonałem, że w maolandzie nie można po prostu od tak sobie być indywidualistą i robić rzeczy, które lubi się robić. Jeśli nie jesteś typowym szarakiem, odwalającym swoje od 8 do 16, spędzającym popołudnia w parkach przechadzając się pod parasolem słonecznym a wieczorem oglądając kolejny film o starożytnych wojownikach, cesarzach i królewnach (żebyście mogli obejrzeć choć jeden taki film, zakochalibyście się w nich!), to macie przerąbane. Każde “udziwnienie” czy odstępstwo od “normalnego” życia  bowiem wiąże się z niezłymi kosztami. Lubisz chodzić na basen? Proszę bardzo, ale płacisz za tą przyjemność jak za wejście do SPA. Lubisz się wspinać? Dawaj, ale jedno wejście kosztuje tyle, co całodzienny bilet wstępu na polskich ścianach. Ale może zacznę od początku.

Oto i cel naszej wyprawy

Jakiś czas temu mój kumpel z grupy, Ahmed pokazał mi zdjęcie ze ścianki, na której był w czasie chińskiego święta czyszczenia grobów. Jak na chińskie warunki (przynajmniej w Kunmingu, gdzie jest totalny deficyt ścianek) była całkiem imponująca. Postanowiliśmy wrócić do tego miejsca. Niestety, z Ahmedem, który uczy się tak na prawdę dwóch języków jednocześnie (chiński i angielski, przy czym chińskiego uczy się po angielsku, bo słówka i grama są tłumaczone w książce w angielskim; nie lada wyzwanie dla niego) czasami nie bardzo można się dogadać. Stąd poza zdjęciami ściany, które potwierdzały fakt jej istnienia, nic więcej o tym miejscu nie wiedzieliśmy. Ahmed robił więc za przewodnika.

Od lewej: Bartek, Ahmed, Rouldy i Andres

Po ok 1,5 byliśmy już poza Kunmingiem. Mały busik dowiózł nas do czegoś na kształt ekskluzywnego osiedla (coś a’la weekendowe chaty bogatych Chińczyków), które połączone było z rozległym terenem zielonym. Wstęp do parku oczywiście płatny. No dobra, niech im będzie, coś tam można zapłacić, oby było warto. Kiedy mijaliśmy kolejne atrakcje, przy których widniały tabliczki z cenami, trochę się zmartwiłem. Miałem nadzieję, że jak dojedziemy do ściany to cena nie zwali mnie z nóg. Niestety, kiedy zobaczyłem tabliczkę “30/person/1 time” spadły mi kapcie. 30 kuaiów (15 zł) za jeden wspin? Chyba komuś słonko za bardzo przypiekło… Lekko skonsternowani wchodzimy na teren ścianki. No dobra, spróbujmy ponegocjować. Może uda nam się spuścić nieco z ceny, jak kupimy kilka wejść dla kilku osób. Nie, nie ma takiej możliwości. To może damy panu w łapę? Nie, pan nie chce.

Cóż mamy zatem zrobić – zdecydowałem, że zapłacę za jeden wspin, wybierając drogę z małą przewieszką (na łatwą nie ma co wydawać kasy, a na trudną nie ma co się rzucać bez porządnej rozgrzewki na łatwiejszych drogach). Ale, ale – w okularach nie można! Jak to nie można? A jak mam widzieć, dokąd idę i po jakich chwytach? To już obsługującego nic nie obchodziło. On tu tylko wykonuje polecenia. Ale te polecenia nie mają sensu! To nic, regulamin to regulamin. A kto potem będzie odpowiedzialny, jak okulary spadną i się rozbiją i zniszczą kawałek ściany? Kto zapłaci za naprawę? Hę? “Co za kretynizm” pomyślałem. Przyjemność wspinu, na jaką się nastawiałem, zniknęła bezpowrotnie.

Dobra, nic nie wiedzę, ale idę...

Wszedłem, zjechałem na dół i tyle. Po mnie wspinali się jeszcze Andres (Ekwadorczyk) i Rouldy (Chińczyk). Ahmed zdecydował, że dla niego to za drogo. “To ile zapłaciłeś ostatnim razem jak tu byłeś” – zapytałem. “Nic” – odpowiada Ahmed. Po chwili przypominam sobie, że wcześniej już wspominał, że był tu ze swoim chińskim znajomym. “No tak, pewnie Chinol zapłacił za Ahmeda” – pomyślałem.

Nie ma to jak kochani koledzy - zwalą cię z nóg, założą uprząż i każą włazić gdzieś na jakąś ścianę...

Oprócz ścianki wspinaczkowej na terenie parku była masa innych atrakcji, takich jak mini-park linowy (a raczej jego parodia), przejażdżki łazikami, bitwy na laserowe karabiny, zjazd tyrolką i inne. Wszystko oczywiście płatne osobno. Mało tego, w parku linowym trzeba było osobno zapłacić za każdą z przeszkód oddzielnie 20 kuaiów (10 zł). Wyobrażacie sobie coś takiego?

Czyż nie cudowny park linowy? Bardziej jego substytut, a nadal każą sobie płacić 20 kuaiów (10 zł) za wejście na każdą z przeszkód ;/

Kiedy przyszliśmy pod ścianę, od razu zebrało się małe stado gapiów. Pomyślałem, żeby może dali mi się wspinać za darmo w zamian za napędzenie klienteli. "Oni klienta mają gdzieś, tylko tu pracują" - skomentował mój pomysł Rouldy.

Zwróćcie uwagę na buty. Takie rzeczy tylko w Erze (się znaczy w Chinach)...

Nawet przejście przez głupi mostek kosztowało 2 kuaje (1zł)

Było niemiłosiernie gorąco, a woda bardzo czysta (jak zwykle dodam - jak na chińskie warunki). Strasznie kusiła, żeby do niej wskoczyć

Tak jak napisałem już wcześniej, każde “odchylenie od normy” musi być naprostowane. W przypadku Chińczyków owym naprostowaniem jest cena. Mam wrażenie, że w Chinach wszelkiego typu aktywności na “świeżym powietrzu” to po prostu kura znosząca złote jaja. I ja to rozumiem – wszędzie, gdzie dopiero powstają obiekty zaspokajające potrzebę przeżycia czegoś ciekawego, niestandardowego, ceny na początku są wysokie. Gdy pojawia się konkurencja a rynek się nasyca, cena spada. Ale czy naprawdę za każdym razem, kiedy chcę czegoś spróbować, muszę sięgać do kieszeni? Czy nie lepiej wprowadzić jedną opłatę, mieć święty spokój i cieszyć się z atrakcji. Nie mówiąc już o głupim regulaminie zakazującym noszenia okularów na ściance wspinaczkowej. Nie tędy droga, drodzy Chińczycy…

Tytuł wpisu (wystający gwóźdź należy wbić) to chińskie porzekadło, które moim zdaniem dobrze opisuje zaistniałą sytuację. W Chinach nie można wystawać poza szereg. A jeśli już się przed niego pchasz, możesz być pewny, że ktoś prędzej czy później z powrotem cię do niego zaciągnie. Dlatego coraz częściej czuję, że Chiny to miejsce dobre tylko na tymczasowy pobyt. Po pewnym czasie człowiek przyzwyczajony do szeroko pojętej wolności zaczyna się po prostu dusić.

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , , , ,

  • Jendrass

    Cóż… Może z dnia na dzień nastąpi rewolucja kiedy Partia wyda rozkaz “Chińczycy na ściany !” Wszystkiego można się spodziewać po kraju, gdzie milion ludzi o wyznaczonej porze w godzinie G dnia D roku R zaczął “polowanie” na wróble … ;) Wracajcie do PL ! Ściana w Intersporcie/King Crossie czeka ;)

    • Krzysztof Benedykciński

      Chyba nie chciałbym dożyć takich czasów :P A ściana w Intersporcie już trochę za mała :P