Trzy dni w Heijing i Chuxiong

Przeżywszy podróż cudownym, chińskim pociągiem, wylądowaliśmy w Heijing. Stacja kolejowa oddalona jest od samego miasteczka, dlatego najlepiej wziąć małego busika czy też bryczkę, które stacjonują zaraz pod mostem kolejowym. Razem z nami, z pociągu wylał się tłum Chińczyków, głównie ludzi młodych, którym nie opłacało się wracać na święto sprzątania grobów (w czasie którego nie ma zajęć na uczelni) do rodzinnych miast. Stąd mieliśmy pewne obawy, czy dla wszystkich wystarczy miejsc noclegowych. Ale o tym za chwilę.

Kup pan bilet

Po ulokowaniu się w bryczce, ruszyliśmy w kierunku miasteczka. Wjazd jest szczelnie strzeżony, żeby żaden turysta nie próbował ominąć budki gdzie należy kupić bilet wstępu. Tak to już jest w Chinach – jeśli jakieś miejsce robi się popularne i Chińczycy zniuchają w tym biznes, to zaraz pojawią się bramki, płoty i kasy, w których trzeba zaopatrzyć się w bilety, przewodników, bryczki, meleksy i cholera wie, co jeszcze. Na szczęście w przypadku Heijing bilet studencki to tylko 15 yuanów.

Po zakupie biletów, dalszą część wycieczki kontynuowaliśmy już na pieszo. Od razu zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem. I jak się okazało, mieszkańcy postanowili skorzystać z okazji, że ruch w miasteczku się zwiększył i zażyczyli sobie jakichś astronomicznych cen za nocleg – 80/120 yuanów za pokój to ceny noclegów w dużych miastach. Pomimo głodu (zasada #1 – nie szukać mieszkania na głodnego, bo człowiek jest bardziej skłonny zapłacić więcej, mieć spokój i iść coś zjeść :P ), zaparliśmy się, że nie będziemy płacić jak za zboże. Po 10-12 miejscówkach Kasia już prawie oddała walkowerem, ja jednak postanowiłem uderzyć w jeszcze jedno miejsce. “Przecież tam stoi Porsche, czego tam szukasz” – usłyszałem. A jednak pozory mylą, bo okazało się, że dziadek prowadzący  to “więzienie” (bo pokoje, to swoiste cele, z kratami w oknach i metalowymi :P ) życzył sobie jedynie 30 yuanów za noc.

W Heijing, nie tylko domy są leciwe

Idziemy na cmentarz

Po ulokowaniu się, zaczęliśmy eksplorować Heijing. Jak na nasz gust, główna ulica była za bardzo upakowana turystami, dlatego razem z dwoma sympatycznymi Chinkami zapuściliśmy się w mniejsze uliczki. To tam tak na prawdę można dopiero posmakować prawdziwego klimatu tego miejsca. Udało nam się m.in. spotkać rodzinę, która niosła ofiary dla przodków oraz odnaleźć cmentarz dla zasłużonych.

Pan niesie dary dla przodków, a kobiety ozdoby, którymi udekorują nagrobek

I już nikt się nie pomyli :P

Przystrojony pomnik upamiętniający dokonania lokalnych bohaterów

Gwiazdy szeryfa

Ponieważ Chinki nie czuły się zbyt dobrze na cmentarzu (który jest najbezpieczniejszym miejscem na ziemi – wszyscy są przecież martwi :P ), zrobiliśmy odwrót do części miasta nieco bardziej tętniącej życiem. Przechodząc obok niskich domków, Kasia zauważyła czerwone tabliczki zawieszone zaraz obok drzwi wejściowych. Okazało się, że są to swoiste “karty ocen” dla danej rodziny. Na jednym z domów znaleźliśmy również odznakę “super rodziny” za najlepsze… planowanie rodziny. Zaczęliśmy z Kasią tworzyć teorie, że są ludzie tam mieszkający zaglądają do sypialni wszystkich mieszkańców Heijing i sprawują kontroluję nad polityką jednego dziecka.

Tutaj ewidentnie ktoś pokpił sprawę

A tu proszę – wzorowa rodzina!

Śmichy-hihy, a teraz na poważnie. Zrobiliśmy od razu mały wywiad na temat powyższych tabliczek. Okazuje się, że jest to dziesięcio-gwiazdkowy system oceny “ucywilizowania” mieszkańców domostwa. Odznaki szeryfa przyznawane były za (na powyższym zdjęciu od lewej):

  • 5 miłości (nawet chińska koleżanka nie wie, o co chodzi);
  • przestrzeganie praw i reguł;
  • bogacenie się;
  • przestrzeganie polityki jednego dziecka;
  • życie zgodne z duchem postępu;
  • kulturę i edukację;
  • “nowy wiatr” – za odrzucenie starego sposobu myślenia i propagowanie nowych wartości;
  • przestrzeganie obywatelskich obowiązków;
  • zjednoczenie;
  • higienę :)

Czarna krowa w kropki bordo…

Drugiego dnia zapuściliśmy się w kolejne rejony Heijing. Znaleźliśmy między innymi sławnego byka, z którym związana jest poniższa legenda. Otóż pewien jegomość wypasał stado w górach. W pewnym momencie spostrzegł, ze brakuje największego byka. Poszedł więc po śladach szukać go. Znalazł go przy studni, liżącego sól. W późniejszym czasie byk raz jeszcze poszedł do studni chłeptać słoną wodę, aż zamienił się w kamień. Lokalsi wierzą, że właśnie dzięki bykowi, który odnalazł studnię ze słoną wodą, miasteczko mogło stać się jednym z największych i najważniejszych ośrodków wydobycia soli w Yunnanie. Dzięki temu stało się bardzo bogate i a czarny byk stał się symbolem miejscowej prosperity.

A oto i on – czarny byk, symbol miasteczka Heijing

No dobrze, więc jeśli wydobywa się tu sól, to idźmy do kopalni. A jak, nawet czołówki wzięliśmy! Najlepsze było to, że byliśmy zachęcani przez wszystkich do wzięcia bryczki, bo “to tak daleko jest, że się bardzo zmęczycie”. Spotkany na drodze do kopalni Norweg powiedział nam, że szedł może 15 minut. Nam droga zajęła całe… 8 minut. Kopalnia to stanowczo za duże, wręcz złe słowo, gdyż oczom naszym ukazała się buda, w której z rozmoczonej soli można było sobie ulepić i wypalić solną soczewkę (oczywiście płacąc za tą przyjemność).

Piec, w którym można było wypalić sobie słoną soczewkę – możecie ją zauważyć po prawej stronie (niebiesko-szare coś, co przypomina miskę).

Miejscówka nie zrobiła na nas większego wrażenia. Po wyjściu z budy solnej przeszliśmy się jeszcze kawałek do innej miejscowości, w której nie było żadnego turysty. No bo przecież tam już nic nie ma, więc Chińczycy tam nie idą. Tym lepiej dla nas, cieszymy się spacerem, mijając sporadycznie mieszkańców. W drodze powrotnej przeżywamy chwilę grozy. A raczej Kasia ją przeżywa – na moście musieliśmy wyminąć… 3 bawoły. A że Kasia ma złe doświadczenia z obcowania z bydłem, stąd miała nietęgą minę na myśl o bliskim spotkaniu z bawołem (ku mojemu rozbawieniu oczywiście :P )

Mina miesiąca :D

To co? Ruszamy dalej!

Po powrocie do “centrum” stwierdziliśmy, że dwa dni na Heijing w zupełności wystarczą. Spakowaliśmy się zatem i ruszyliśmy “chlebowozem” (bo małe busiki przypominają Chińczykom bochenki chleba :P ) do Chuxiong. Ponieważ miejscowość ta jest znana z mniejszości etnicznej Yizu, postanowiliśmy skoczyć do starego miasteczka zamieszkiwanego przez tą właśnie mniejszość. Jak to zwykle w Chinach bywa, stare miasto okazało się “przed chwilą” wybudowanym kompleksem barów, knajp i hoteli. Nie mniej ciekawie było uczestniczyć we wielkim jarmarku, który utworzony został wzdłuż głównej ulicy miasteczka.

Miasteczko mniejszości Yizu wieczorową porą

Produkcja naszych ulubionych cukierków imbirowych – pyszota!

Patrzę i nie wierzę – wisząca cała koza, a raczej to co po niej zostało…

Więcej zdjęć jak zwykle w galerii

 

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , , , ,