Relacja z Wietnamu cz. 12 – Mui Ne, czyli w muszelkowym raju

Po powrocie z tuneli Cu Chi, jeszcze tego samego popołudnia wsiedliśmy do autobusu jadącego do Mui Ne, jednego z popularnych we Wietnamie kurortów nadmorskich. Pierwsze, co rzuciło nam się w oczy (a raczej w uszy) po wejściu do autobusu było to, że zdecydowana większość pasażerów mówi po… rosyjsku. Okazuje się, że Rosjanie mają bezpośrednie loty z Moskwy do Hanoi czy Sajgonu, więc nierzadko wybierają Wietnam jako cel zimowych (i nie tylko) wakacji. Co ciekawe, w centrum miejscowości istnieje coś na kształt rosyjskiego miasteczka – szyldy, reklamy i a nawet karty dań przygotowane są po rosyjsku i wietnamsku.

Gdy dojechaliśmy do Mui Ne było już ciemno. Trochę nieprzyjemnie było szukać noclegu po ciemku, zwłaszcza, że dookoła na ogół kręci się pełno naganiaczy, próbujących wykorzystać przewagę nocy i zmęczenia podróżnych, żeby wcisnąć im wszystko, byle było drogie. My się jak zwykle nie daliśmy. Znaleźliśmy całkiem nie najgorsze gniazdko za przyzwoite pieniądze, jak zwykle z gekonami na suficie :)  Następnego dnia rano, gość z hostelu nie pamiętał że u niego mieszkamy, więc chciał nam drugi raz wcisnąć pokój. Było to naprawdę zabawne, kiedy zaprowadziliśmy zioma do naszego pokoju, żeby mu pokazać, ten w którym się zatrzymaliśmy. Właściciel myśląc, że chcemy go wynająć stwierdził, że ten pokój już jest zalety. A przez kogo zajęty? No właśnie przez nas! Co za nieogar? :)

Pierwszy raz w życiu miałem okno wychodzące na morze :)

Następnego dnia od rana powitało nas zachmurzone niebo. Ponieważ tak czy inaczej mieliśmy ogromną ochotę na kąpiel, a plaża zaraz przed naszym pokojem nie zachęcała za bardzo do kąpieli, poszliśmy najpierw rozeznać się w temacie wydm. Mui Ne znane jest bowiem z białych i czerwonych wydm. Zaraz niedaleko naszej miejscówki znaleźliśmy wielkie połacie pomarańczowo-czerwonego piachu. Zabawa była przednia, o czym możecie przekonać się z poniższych zdjęć.

Cytując Wojownicze Żółwie Ninja: "Kalabanga!" :)

Teraz już wiecie, skąd wzięło się logo Gap year in Kunming :)

Postanowiliśmy poprzechadzać się trochę plażą. Strasznie zaciekawił nas (szczególnie mnie) jakiś dziwny morski stwór:

Długie na 12-14 cm, z jakimiś wypustkami - co to jest?

Po południu wyszło słońce i poszliśmy zażyć długo oczekiwanej kąpieli. Fale były ekstra i znów nieźle się pobawiliśmy. A ponieważ Mui Ne to raj nie tylko dla zbieraczy muszelek (o czym będzie za chwilę), ale również dla miłośników kite surfingu, na niebie pojawiło się pełno kolorowych latawców. Muszę przyznać, że niektórzy robili takie manewry i akrobacje, że kapcie spadały z wrażenia. Sport wydaje się niesamowicie ciekawy, trudny i kosztowny. Chętnie byśmy spróbowali, jak tylko nas będzie na to stać :P

Kasia w swoim żywiole :)

Wieczorne kite'owanie

Po zakończonym plażowaniu spotkaliśmy ciekawego Amerykanina, Dennisa, który od 3 lat mieszka w Wietnamie, niedawno pobrał się (z dużo młodszą od siebie na oko) Wietnamką. Właśnie byli w trakcie budowy domu. Ze Stanów wypędziła go… nuda. Wynajął więc swój dom w Kalifornii i przeprowadził się do Wietnamu. Polubił Wietnam, bo cały czas go czymś zaskakiwał, nigdy nie jest tak samo, a już na pewno nie tak jak w USA. Podzielił się on z nami ciekawym spostrzeżeniem. We Wietnamie istnieje 4-stopniowa skala cen:

  • dla najbliższej rodziny i znajomych,
  • dla osób z tej samej prowincji,
  • dla osób z innej prowincji oraz dla białasów, którzy już jakiś czas spędzili we Wietnamie i mają znajomych wśród tubylców,
  • dla zwykłych białasów.

Nie muszę chyba dodawać, w którą stronę ceny rosną. Dennisowi, jako że mieszka w jednym miejscu od 3 lat i ma żonę Wietnamkę, udało się przeskoczyć z poziomu 4 na 3. Dodał, że nie wie czy uda mu się kiedyś przeskoczyć jeszcze jeden poziom – to tak, jakby Wietnamczycy uznali go za prawie równego sobie. A to kosztuje, sporo czasu i wspólnego picia :P Po miłej pogawędce udajemy się na kolację – jak zwykle owoce morza, które są tu w bardzo przystępnej cenie, jednak nie zawsze świeże.

Drugiego dnia Kasia od samego rana (kiedy my z Pawłem jeszcze przewracamy się z boku na bok) doprowadza do porządku muszle, które zebrała dzień wcześniej na plaży (śmierdziały okrutnie). Kasia chciała je zostawić na noc w pokoju, ale ja nie zgodziłem się i wywaliłem je na zewnątrz – kto by chciał je ukraść, skoro wszędzie ich pełno? Kasia stwierdza, że nie mam duszy poszukiwacza muszelek. Oczywiście, że nie, bo kto by chciał bawić się z tym śmierdzielstwem!

Dusza poszukiwacza muszelek :)

Następnie wypożyczamy rowery i jedziemy zobaczyć wydmy – czerwone spotykamy już po wyjeździe z Mui Ne. Niestety białych wydm i czerwonego kanionu już nie znajdujemy tak łatwo. Wyjeżdżamy jeszcze dalej za Mui Ne, ale ich nie odnajdujemy. Na pocieszenie para starszych Holendrów pokazuje nam jak znaleźć drogę do wodospadu. Droga prowadzi przez strumyk a wokół ciekawe formacje z piasku. Sam wodospad bez szału, miał może jakieś 2-3m.

Tego dnia słonko nieźle przypiekało, stąd bandana Papa Smerfa wylądowała na głowie Pawła :)

Fairy Stream, czyli strumyczek prowadzący do wodospadu

Po kolejnej kąpieli w morzu (fale tak wysokie, że trudno utrzymać się na nogach) oddajemy rowery i czekamy na następny dzień, kiedy to udamy się do Hoi An. Jednak poranek dnia następnego zaczyna się aferą – ktoś ukradł muszelki, które Kasia z taką dbałością czyściła  na moją wyraźną “prośbę”. Zrobiliśmy rumor, zawołaliśmy naszego pana nieogara, który coś pomruczał (pewnie w głowie mu się nie mieściło, że ktoś mu suszy głowę o muszle, których pełno na plaży) i sobie poszedł. Po chwili przyszedł jakiś inny ziomek z kasinymi muszlami – okazało się, że trofeum Kasi wylądowało na śmietniku. Idziemy więc grzebać w poszukiwaniu reszty muszli. Swoją drogą śmietnik jest dołem wykopanym na plaży, który po zapełnieniu zostanie zasypany. Wygrzebujemy resztę muszli i idziemy ostatni raz wykąpać się w morzu.

Żegnamy się z Mui Ne

Koło 13:30 mamy mieć autobus do Hoi An. Jak to zwykle bywa we Wietnamie, autobus ma 40 minut spóźnienia. Po przyjeździe pakujemy się do niego, nikt nie sprawdza biletu – ok, póki jedzie do tego samego miejsca, co my. W Nha Trang przesiadamy się do innego autobusu, z powodu spóźnienia z planowanej godziny na przesiadkę, mamy tylko 20 minut żeby coś zjeść. Bierzemy na wynos jakieś noodle i wskakujemy do kolejnego autobusu.

Podczas jednego z postojów zauważamy, że nasze plecaki leżą na ziemi przed autobusem. Okazało się, że głuptaki z obsługi autobusu zabrali cargo do luku bagażowego (zawsze to robią, kasa za przewóz ląduje w kieszeni kierowcy), więc na nasze plecaki już nie ma miejsca. Na całe szczęście plecaki dojeżdżają na miejsce razem z nami.

Więcej zdjęć z Mui Ne znajdziecie jak zwykle w galerii

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , , , , ,

  • http://www.facebook.com/people/Michał-Lussa/100000183107239 Michał Lussa

    kitesurfing – po 10 godzinach zaczynamy plywac w lewo i prawo, wiec sport nie jest super trudny :)

    • Krzysztof Benedykciński

      No nie wiem, najwidoczniej jesteś dobrym nauczycielem :P