Relacja z Wietnamu cz. 14 – rejs po Halong Bay, czyli zwiedzamy wizytówkę Wietnamu

Dzisiejszy wpis, dzięki uprzejmości Kasi i Krzyśka, autorstwa ich współtowarzysza podróży po Wietnamie – Pawła :)

Chciałbym podzielić się z Wami swoimi wrażeniami z rejsu po zatoce Ha Long. Gotowi na podróż po najpiękniejszym zakątku Wietnamu? Jeśli tak, to zapraszam Was na wspólny rejs, pełen pięknych widoków oraz niesamowitych zwrotów akcji, także bądźcie czujni…

Rejs po zatoce Halong Bay – Dzień 1

Ha Long Bay – Historia i legenda

Zatoka, którą płynęliśmy zajmuje powierzchnię 1500 km kw, na których rozsianych jest 1969 wysp, z czego aż 989 posiada swoją nazwę. Oprócz wystających z wody wapiennych skał, można podziwiać także liczne jaskinie i groty. W 1994 roku, zatoka Ha Long została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Inna nazwa tego miejsca, to Zatoka Lądującego Smoka. Wiąże się z nią bardzo ciekawa legenda.

Dawno, dawno temu, gdy Wietnam walczył z najeźdźcami z innych krajów, bogowie zesłali na ziemię rodzinę smoków, które miały pomóc w obronie kraju. Smoki miały bardzo wyszukaną taktykę polegającą na tym, iż wypluwały perły, które po zetknięciu z wodą zamieniały się w jadeit i formowały w ten sposób mur. Okręty wroga roztrzaskały się o tenże mur i atak nieprzyjaciela został odparty. Po wypełnieniu boskiego obowiązku, smokom tak spodobało się na Ziemi, że postanowiły trochę przedłużyć na niej swój pobyt. Miejsce, w którym wylądowała matka smoków, formując tysiące małych wysepek, zostało nazwane Ha Long Bay.

Zatoka Ha Long w pełnej krasie

Naszą wyprawę zaczynamy już o godzinie 8 rano. Suślak Katarzyna i drugi Suślak Krzysztof (suślak to nasze określenie na kogoś, kto lubi spać, pochodzi o susła – Krzych) z racji tego, iż przed nami jedna z ciekawszych wycieczek w Wietnamie, wstają ochoczo, wymeldowujemy się z hotelu i busem udajemy się do miasta Ha Long. Podróż trwa około 3,5 godziny. Odległość, jaką mieliśmy do pokonania, to raptem około 150 km, jednak musieliśmy pozbierać innych współtowarzyszy podróży z innych hoteli oraz przebić się przez ruchliwe miasto.

Po dotarciu do portowego miast Ha Long udajemy się na naszą łódkę (“krypę” – jak to zwykł mawiać Krzysztof), dostajemy klucze do kajut, a następnie trafiamy przed nami pierwszy lunch na naszym statku wycieczkowym. Z racji tego, że wybraliśmy wersję Delux (a co, studenci z Polski w końcu :D ), nasze kajuty są pierwszej klasy – czyste zadbane, lepiej niż w niektórych hotelach, w których wcześniej nocowaliśmy ;) Z racji tego, iż nie było już wolnej kajuty 3 osobowej, została mi przydzielona miejscówka z Markusem, rok starszym od nas Niemcem. Na swoim koncie ma liczne podróże, głównie po Azji. To również ten sam delikwent, z którym staliśym się rozbitkami na jednej z pływających tratw na wodzie… taaaa, nie ma to jak nasz przewodnik, który wszystko ogarnia :P Zanim jednak zostałem okrzyknięty Robinsonem Crusoe naszej wyprawy, pozwólcie że opowiem jeszcze o dniu pierwszym, w którym to mieliśmy jakże dużo szczęścia.

Kajuta na statku

Krypa trochę się sypała, ale kajuty pierwsza klasa :)

Jak się okazało, trafiliśmy na słoneczną pogodę, która ostatnimi czasy miała miejsce w Halong Bay kilka miesięcy temu. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko udać się na górny podkład, wyciągnąć nogi na leżaku i zacząć chwytać ostatnie promienie słońca we Wietnamie. Podczas naszego błogiego leniuchowania, nasz przewodnik zaczął opowiadać o mijanych formacjach skalnych.

Jaskinia Sung Sot

Nasze leżakowanie szybko się jednak skończyło i rozpoczęliśmy aktywny wypoczynek :) W japonkach udaliśmy się do największej jaskini w zatoce – Sung Sot Cave (Jaskinia Niespodzianek). Przechodzący obok nas Japończycy dziwili się trochę, jak można wchodzić do jaskini w japonkach, gdzie jest tylko parę stopni, jednak wiele sobie z tego nie robiliśmy :)

Jaskinia Sung Sot

Jaskinia Sung Sot – prawda, że cudowna feeria kolorów?

Nocne atrakcje na statku

Po długim i “wyczerpującym” dniu, udaliśmy się do sn… nie, nie :) Nie ma spania :P Pierwszą naszą wieczorną atrakcją było łowienie kałamarnic. Cały proces nie był zbyt skomplikowany. Dostaliśmy wędkę z haczykiem i podbierak. By złowić squida należało w miejscu, gdzie reflektor świecił na taflę wody, zanurzać i wynurzać haczyk od wędki. Problem był taki, iż nie mieliśmy żadnej przynęty, by tą morską zwierzynę jakoś zwabić. Ostatecznie udało nam się kilka razy zobaczyć pływające kałamarnice, jednak na poranne śniadanie, przygotowane z nich, nie mogliśmy liczyć.

Zatoka po zachodzie słońca

Kolejna atrakcją i nie małym wyzwaniem było karaoke :) Na naszej łódce mieliśmy międzynarodowe towarzystwo: Australijczycy, Anglicy, Niemcy, Ukraincy i trzy Polki. Jak się później okazało do śpiewania chętna była tyko ekipa polsko-niemiecka.

Od lewej: najlepiej fałszujący Niemiec – Markus, dwie Polki z mamą, niedoszły perkusista Krzysztof, nieśmiała wokalistka Kasia :)

Rejs po zatoce Halong Bay – Dzień 2

Drugiego dnia, podobnie jak pierwszego, mogliśmy upajać się cudnymi widokami i obserwować coraz bardziej wyszukane formacje wapienne. Jednak największą frajdą była dla nas możliwość popływania kajakiem po zatoce. Przypłynęliśmy do tzw. miasteczka na wodzie – miejsca, gdzie ok 300 osób mieszka na tratwach unoszących się na wodzie. Miasteczko ma swój bank i szkołę, jednak sklep przypływa do niego każdego dnia małą łódką.

Tak właśnie prezentuje się wioska na wodzie

Część mieszkańców nigdy nie żyła na stałym lądzie. Sytuacja materialna w większkości zmusza ich do tego, by mieszkać w domkach na wodzie. Słowny opis nie odda tego, w jakich warunkach żyją Ci ludzie. Polecam obejrzeć odcinek Kobiety na krańcu świata, w którym to Martyna Wojciechowska opowiada o tym niesamowitym miejscu.

Jak zostać rozbitkiem

Nasz przewodnik ustalił, iż mamy 40 minut na popływanie kajakami, które wypożyczyliśmy od ludzi mieszkających na wodzie. Z moim nowym ziomkiem z Niemiec przydzieleni zostaliśmy do wspólnego kajaku. Wiosła w dłoń i płyniemy. Co z tego, że nie mamy zegarka na ręce, 40 min to sporo czasu :) Pierwsze wiosłowania dość niepewne, jednak z każdym kolejnym uderzeniem o wodę, płyniemy coraz to szybciej i sprawia nam to większą frajdę. Płynąc kilka minut, dopłynęliśmy do dość pokaźnej wysepki, a następnie mówię do Markusa: – Co powiesz na to by ją opłynąć? Damy chyba radę, przecież nie jest zapewne jakoś strasznie wielka. Markus podzielił mój entuzjazm i rozpoczęliśmy próbę okrążenia wspomnianej wyspy. Płyniemy, płyniemy… i końca nie widać :)

Po dobrych kilkunastu minutach stwierdziliśmy, że chyba nam się nie uda, wyspa jest za duża. Trochę zniesmaczeni tym, iż nie udało nam się sprostać postawionemu sobie wyzwaniu, postanawiamy wracać do miejsca wypożyczenia kajaków. Szczęśliwi, lekko zmęczeni, dopływamy do miejsca startu, oddajemy kajaki, wiosła i… no właśnie…czegoś tu brakuje… nie ma naszego statku?! Jak to? Odpłynął bez nas, zostawiając nas na jakiś tratwach unoszących się na wodzie?! Tak właśnie się stało :) Sytuacja ta bardziej mnie rozbawiła niż przestraszyła, Markus za to miał nietęgą minę. No ok, ale co teraz? Telefonów z sobą nie mieliśmy, także jak się z naszą łajbą skontaktować?

Gdy tak sobie rozmawiamy o naszej sytuacji, słyszymy nagle kobiecy głos krzyczący po angielsku z małego statku przycumowanego obok nas – Oni już popłynęli. Zostawili Was i już tutaj nie wrócą. Spóźniliście się. Macie teraz dwa wyjścia. Albo jeden śpi dziś w nocy ze mną i zostaniecie ocaleni, albo płyniecie wpław. Po chwili zawahania zdecydowaliśmy się nie wybierać żadnej z tych opcji i czekać na dalszy rozwój sytuacji. Za parę minut podchodzi do nas Wietnamczyk z… bronią. No ładnie…. Pewnie nas będzie chciał stąd wykurzyć, bo przebywamy na jego posiadłości. Nic z tych rzeczy. Okazało się, iż to pistolet nie na amunicje tylko na kulki, a używa go do odstraszania ptaków, które atakują jego hodowle rybek i innych stworów morskich. Pan był na tyle kumaty, iż po angielsku powiedział nam, że nasz statek przypłynie po nas za 30 min. Ufff… Jesteśmy uratowani! :)

Łódź ratunkowa z rozbitkami na pokładzie :)

Markus - Ha Long Bay

Dwóch rozbitków – Markus i ja

Więcej zdjęć znajdziecie jak zwykle w galerii.

About Paweł Chwalibóg

Absolwent e-biznesu, specjalista SEO, podróżnik, muzyk, znawca niezliczonej ilości herbat. Skontaktuj się ze mną przez Facebooka lub GoldenLine lub Google+

, , , , ,

  • Iwandrag

    O wiele ładniejsze od Ha Long które jest przereklamowane jest Suche Ha Long 100 km od Hanoi w Ninh Binh na prawdę polecam!!!!

    • Krzysztof Benedykciński

      Dzięki, może następnym razem, tak za 10-15 lat :P