Relacja z Wietnamu cz. 10 – trzeci dzień w delcie Mekongu

Rano zastanawiamy się nad dalszymi planami. Chciałoby się zobaczyć przecież wszystko, a czas płynie strasznie szybko. Robimy zatem przegląd naszej rozpiski. Okazuje się, że trochę za mocno ją poupychaliśmy atrakcjami, więc musimy z czegoś zrezygnować. Ponieważ będąc w Sajgonie nie udało nam się wykupić wycieczki do Cu Chi tunnels (tunele armii Vietcongu z czasów wojny z USA), chcemy to zrobić w drodze powrotnej. Stąd dochodzimy do wniosku, że najlepiej by było, gdybyśmy jeszcze tego samego wieczoru znaleźli się w Sajgonie, najlepiej z biletem do tuneli w ręku. Szybko pakujemy się, jemy śniadanie, sprawdzamy trasę powrotną do dziupli, w której zostawiliśmy swoje rzeczy i wsiadamy na rowery. Rzeczy zostawiamy w recepcji hotelu, bo chcemy jeszcze wskoczyć na chwilę do świątyń, które zostały zbudowane przez ludność khmerską (mieszkańcy Kambodży).

Pierwsza świątynia jest w samym centrum Tra Vinh. Główny budynek w kompleksie jest już wyraźnie nadgryziony zębem czasu. Ciekawi nas, dlaczego Wietnamczycy wolą postawić nowy budynek niż odrestaurować stary. Z resztą w cały kraju spotykamy się z podobnymi obrazkami – nawet budynki instytucji państwowych w centrum Hanoi, pomimo swojej ciekawej architektury, były bardzo zniszczone.

Lekko podupadająca świątynia khmerska w centrum Tra Vinh.

Tutaj podobnie – świątynia jest zamknięta, zaglądając przez kraty w oknach można zauważyć kulające się kłęby kurzu. W dawno nieprzystrzyżonych zaroślach znajdujemy również liczne posągi np. pięciogłowego węża Naga. Na krużganku jednego z budynków mamy okazję zaobserwować mnicha w trakcie wykonywania zabiegu elektroakupunktury.

Tradycyjna metoda, nowoczesne narzędzia :)

Po zwiedzeniu pierwszej świątyni ruszyliśmy w kierunku drugiej. Po drodze miał być również dworzec. Gdyby udało się znaleźć autobus jadący do Ben Tre, wrzucilibyśmy rowery na dach, dzięki czemu zaoszczędzilibyśmy sporo czasu. Znajdujemy drugą świątynię. Ta wygląda już dużo lepiej, jest odrestaurowana i mieni się jaskrawymi kolorami. Dookoła rosną drzewka owocowe, między innymi drzewo karamboli. Na drzewku znajduje się jeden, bardzo dojrzały owoc. Paweł nie może się powstrzymać i zrywa niepostrzeżenie owoc. Jak to się mawiało za młodu, kradzione najlepiej smakuje (muszę się do tego przyznać – mieszkając na wsi, jako dzieciak zdarzało się podebrać sąsiadowi czereśnie czy brzoskwinię :P ). Tak też jest w tym przypadku. Scyzorykiem kroję owoc na trzy części i owoc (przestępstwa) znika w mgnieniu oka.

A oto i nasz mały złodziejaszek z dowodem zbrodni :D

Następnie jedziemy na dworzec autobusowy. Wypytujemy o autobusy do Ben Tre. Przecież Tra Vinh musi mieć połączenie z Ben Tre – jadąc na rowerach byliśmy mijani przez dziesiątki autobusów. Jak zwykle dogadujemy się ze wszystkimi jak pies z kotem. Jeden cwaniak mówi, żeby pójść do innego okienka. Tam odsyłają mnie z kwitkiem. Wracam do cwaniaka. Ten znów wskazuje ten sam kierunek. Idę znów szukać tam, gdzie pokazał. Nic. Wracam do cwaniaka. Okazuje się, że są busy, ale jakieś prywatne i kosztują po 15 dolców za osobę. Jeszcze nam słońce tak mocno nie przygrzało, żeby wydawać tyle kasy za 50 km jazdy rozklekotanym autobusem. Szukamy zatem dalej. Mapka z LP nijak miała się niestety do rzeczywistości. Proponuję więc kolejny raz udać się do naszego wietnamsko-amerykańskiego znajomego i zapytać o autobus. Dojeżdżamy do hotelu, w którym mieszka nas znajomy i znajdujemy go przed telewizorem. Niezwykle zadowolony z faktu, że znów nas widzi, zaczyna dzwonić do swojej siostry i pytać o autobus. Następnie bierze Kasię na swój motorek i jedzie z nią do tego samego dworca, w którym cwaniak próbował nas oskubać z $15. Czyli musimy znaleźć inne wyjście. Ostatecznie decydujemy się na znalezienie krótszej oraz mniej zatłoczonej drogi powrotnej, na której uda nam się przeprawić przez prom. Dzięki wifi w hotelu ściągam mapę googla i wytyczam trasę.

Pamiątkowe zdjęcie z naszym wietnamsko-amerykańskim ziomkiem :)

Pożegnawszy się z naszym bardzo pomocnym kolegą, ruszamy w drogę. Tym razem również trafiamy na drogę w budowie – wszędzie pełno nawiezionego kamienia, a ponieważ jest sucho, w powietrzu unoszą się kłęby kurzu. Szaleni motorkowcy  wyprzedzają nas, nie bacząc na to, że chwila nieuwagi i już można leżeć, gryząc kamienie zębami. Dojeżdżamy do miejsca, w którym mieliśmy znaleźć prom. Niestety nie ma go – prawdopodobnie miejsce na mapie nie zostało poprawnie zaznaczone. Szukamy kogoś, kogo można się spotykać o drogę.

Zbieranie ryżu metodą tradycyjną

Natrafiamy na bandę ziomali, którzy przyjęli znaczną dawkę alkoholu. Ni w ząb się nie dogadujemy, pomimo używanej komunikacji niewerbalnej (może powinienem grać więcej w kalambury?). Jedziemy dalej. Znajduję prześwit w lesie, gdzie można podejść do rzeki i sprawdzić czy na brzegu nie widać jakichś statków – nic oprócz barek wydobywających piasek z dna. Po chwili Kasia mnie woła – ktoś poinformował ją, że do promu jeszcze kawałek. Jedziemy zatem dalej. Po chwili zauważamy ledwie widoczny zjazd do przeprawy promowej. Prom okazuje się być małą, chwiejną krypą, która na większych falach kołysała niczym huśtawka. Trzeba było uważać na rowery, bo prawie by się skąpały w wodach Mekongu.

Po dobiciu do brzegu zaczęła się najprzyjemniejsza częścią tej wycieczki. Jechaliśmy gruntową, dobrą drogą, wśród małych wiosek, gdzie turysta jest witany serdecznym machaniem ręki czy głośnym “hello”. Dzieciaki są niesamowite – będą tak długo krzyczeć, aż im się nie odpowie. Nie można w takim razie ich zawieść, nawet jeśli masz powiedzieć “hello” po raz trzydziesty tego dnia :P

Elo, ziomale, odwróćcie się do foty!

Widać gdzieś ludzi? Nie, ale to nie szkodzi - hello i tak wyskoczy nie wiadomo skąd :)

Na końcu wiejskiej drogi łączy się ona z drogą, którą jechaliśmy do Tra Vinh dnia poprzedniego. Rozpoznaliśmy od razu to miejsce – była to przeprawa promowa. Zaczynamy pytać o autobus. Wszyscy coś nam pokazują, ale nie bardzo wiemy, o co chodzi. Dopiero, kiedy zaczynam krążyć po okolicy, zauważam, że tuż za rogiem jest parking, gdzie stoją autobusy. Oddajemy rowery panu, który zgrabnie pakuje je na dach autobusu, płacimy jakieś 2-3 dolary za przejazd i jedziemy. Kierowca autobusu ani na moment nie zatrzymał się na każdym z przystanków, co nie oznacza, że na trasie nie wsiadali żadni ludzie. Po prostu kierowca zwalniał do takiego tempa, żeby można było spokojnie wsiąść do pojazdu. Pomagał przy tym pan naganiacz, który wyskakiwał z autobusu na przystanku, pakował ludzi do środka, po czym wchodził do środka i stał przy otwartych drzwiach. Wyglądało to co najmniej osobliwie, co możecie zaobserwować na filmie poniżej.

Na jednym z postojów sprawdzam, czy nasze rowery nadal są tam, gdzie powinny :)

Po dojechaniu do Ben Tre, wsiadamy na rowery i piorunem wracamy do miejsca, w którym zostawiliśmy swoje rzeczy. Po szybkim przepaku idziemy szukać dojazdu do Sajgonu. Najlepiej byłoby wrócić do Ben Tre, skąd wiemy, że odjeżdżają autobusy. Rozdzielamy się zatem i łapiemy stopa, żeby udać się na dworzec kolejowy, który był oddalony o jakieś 5-6 km. Mnie udaje się złapać jako pierwszemu. Mój ziomek zamiast jechać do przodu, zawraca i wjeżdża na stację – aha, czyli on zatankuje, a ja zapłacę. Po wyjeździe ze stacji nie widzę już Pawła i Kasi, myślę więc, że też pewnie kogoś znaleźli. I rzeczywiście tak było. Po 10 minutach jazdy odnajdujemy się wszyscy pod dworcem. Kasia i Paweł regulują ich opłatę za przejazd i biegniemy kupić bilet na autobus. Kasi udaje się nawet znaleźć coś do jedzenia – tempo dnia było naprawdę zawrotne, stąd byliśmy nieziemsko głodni. Pałaszujemy nasz posiłek jadąc już do Sajgonu.

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , , , , , , , ,