Szczypta hi-life’u, czyli idziemy na bowling z szychami

Pamiętacie moją opowieść o tym, jak rozkręcam biznes językowy z Chińczykiem imieniem Claude? Pomimo tego, iż szkoła językowa jak na razie nie wypaliła, to Claude naraił mi klientkę, którą uczę od listopada. Ową klientką jest Winnie, znajoma Claude’a, koło 50, wice prezes w firmie ubezpieczeniowej. Podczas ostatniej lekcji zaprosiła mnie na wspólną grę w bowling.

Umówiliśmy się, że Claude podjedzie po nas na uczelnię. Spodziewałem się co najmniej Porsche Panamera, jakich w Kunmingu jest całkiem sporo (widujemy takie codziennie). Jednak okazało się, że ten całkiem majętny gość (ma 3 mieszkania w Kunmingu), jeździ wysłużonym Passatem. Ciekawe - pomyślałem. Wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w kierunku “sport resort” jak to określił Claude.

Po ok 30 minutach jazdy znaleźliśmy się jakby w zupełnie innym mieście – wszytko czyste, zadbane, zielone, wszędzie wypasione fury i wielkie domy. Pomyśleliśmy z Kasią: no to ładnie, jak nam każą zapłacić, to do końca pobytu w Kunmingu uczę Winnie za darmo. Oczywiście to by nie było możliwe, bo jak Chińczycy zapraszają, to zawsze za ciebie zapłacą.

Winnie

“Sport resort” okazało się być całym kompleksem hal, sal, boisk, kortów; było tam też sztuczne lodowisko. Winnie czekała na nas już przebrana w swoje buty do gry w kręgle, dzierżąc w dłoni kulę do gry, wyprodukowaną specjalnie na zamówienie. Jak nam zakomunikowała grywa sobie co weekend w sobotę… od 10 lat. Możecie więc się domyśleć, że wymiata w te kręgle. Czego nie można powiedzieć o nas, szczególnie o mnie – przegrałem z Kasia kilka pierwszych gier. Claude oraz jego towarzysz, Jerry (5 mieszkań, został przedstawiony jako “gruba ryba”), też pogdywali niczego sobie – wyniki powyżej 100 były dla nich normą (przy naszych 60-80).

Dowód na zwycięstwo Kasi :)

Po 2 godzinach gry nadszedł czas na lunch (obowiązkowo o 12!). Zostaliśmy poprowadzeni do restauracji 4-gwiazdkowego hotelu. Nie pamiętam, żebym jadł w takim miejscu – wszystko przygotowane jak na powitanie prezydenta. Natomiast same dania zamówione przez naszych gospodarzy trochę nas rozczarowały – po takim lokalu spodziewalibyśmy się jakichś wypasów, a tu żadnych wymyślności. Co prawda wszystko było smaczne i bardzo ładnie podane, ale to wszystko. Podczas posiłku rozmawialiśmy na różne tematy, między innymi o historii Polski, katastrofie smoleńskiej, podróżowaniu, nauce chińskiego, rynku dóbr luksusowych w Chinach etc. Panowie posługiwali się płynną angielszczyzną (Winni niestety jeszcze nie jest na takim etapie, ale mam nadzieję, że dzięki moim lekcjom dojdzie do takowego :P , więc tylko się przysłuchiwała), której nauczyli się podczas kilkuletnich pobytów za granicą.

Dlaczego aż tak podkreślam zamożność tych osób? Bo chciałem Wam krótko nakreślić jak wielka przemiana nastąpiła w mentalności i sposobie życia Chińczyków na przełomie ostatnich lat. Jak mogliście zapewne zauważyć Chińczycy, z którymi mieliśmy przyjemność spędzać czas w ostatnią sobotę, są ludźmi wykształconymi, interesującymi się światem, historią innych krajów (w tym tak egzotycznego jak Polska!), podróżującymi, znającymi angielski i posługującymi się nim dość biegle. Są oni zupełnie inni od następnego pokolenia Chińczyków, które niedawno skończyło studia i zaczyna swoją karierę zawodową. Przykład? Mój znajomy J, 29 lat, którego poznałem na ścianie. Jeszcze 2 miesiące temu jeździł wcale nie tak starym Chevroletem Cruze. Kiedy go spotkałem tydzień temu, jechaliśmy na ścianę już nowiutkim VW Tiguanem. Czy J pracuje? Nie? Czy ma żonę? Nie, jeszcze nie, ale możliwe, że to się niedługo zmieni, bo 2 miesiące temu poznał jakąś kobietę, więc w maju planują się pobrać. Czy zna języki? Mówi na tyle po angielsku, że w miarę się dogadujemy. Skąd ma pieniądze? Nie mam pojęcia, ale widać, że je ma. Pytany o plany zawodowe, odpowiada, że chciałby otworzyć sklep z ciastkami? Że co? Z czym? Nie wnikam dalej, stwierdzając, że odpowiedź ta jest na tyle ezoteryczna, że może znaczyć wszytko i nic…

Oto Claude, za nim mój "duch" a z tyłu po lewej Winnie.

Dostrzegacie już różnice? 50-latkowie, wykształceni, zamożni, jednak wcale nie pokazujący tego na zewnątrz – jeżdżą przeciętnymi autami, ubierają się bez zbędnego przepychu, a nawet jak zaproszą do drogiej knajpy, to po to, żeby zamówić potrawy raczej z dolnej półki cenowej. Natomiast 30-latkowie to wydający kasę rodziców (bo skąd ją mają?) szpanerzy, którzy o świecie wiedzą niewiele, a z językami nie są za pan brat. Możecie stwierdzić: ok, ale formułujesz takie wnioski na podstawie obserwacji jednego Chińczyka. Moim zdaniem nie jest to odosobniony przypadek, sądząc po kierowcach Buick’ów, Chervoletów czy Porsche’aków jeżdżących po drogach naszego Kunmingu – rzadko jest to kogoś powyżej 30.

Zastanawiam się skąd aż taka drastyczna zmiana? Czy Chińczycy, którzy dorobili się w czasie gwałtownego wzrostu gospodarczego, rzeczywiście aż tak bardzo rozpuścili swoje dzieci, że te dorastając nie myślą teraz za bardzo o stabilizacji, a raczej bawią się kosztem swoich rodziców? Macie jakieś swoje przemyślenia? Chętnie podyskutuję :)

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , ,

  • http://www.facebook.com/people/Wojciech-Kowalczewski/691049204 Wojciech Kowalczewski

    Krzysiu wg mnie najlepszy post na blogu(subiektywnie). Wydaje mi się, że sam odpowiedziałeś na zadane pytanie.
    Wskazany przez Ciebie trend może w przyszłości być poważnym problemem dla wielu bogatych Chińczyków. Jeżeli już dziś ich dzieci zatracają podstawowe wartości na rzecz konsumpcji to obawiam się, że mogą mieć spore problemy adaptacyjne w przypadkun gdy karta się odwróci. Sądzę równocześnie, że w skali Makro siłą Chin jest to, że na miejsce jednego przejadacza jest 1000 innych chcących zająć jego miejsce.
    PS. Ciekawe jest to co piszesz odnośnie liczby mieszkań. Czy jest to jakiś istotny miernik zamożności/pozycji społecznej w Chinach??

    • Krzysztof Benedykciński

      Dzięki za słowo uznania :)

      Jeśli chodzi o liczby, mają one na jak najbardziej na celu uzmysłowić Czytelnikowi zamożność Chińczyków, z którym się spotkaliśmy. Kasia spotkała się z danymi, z których wynikało, iż przeciętny Chińczyk musiałby pracować 31 lat, żeby było go stać na średniej wielkości mieszkanie (przy założeniu braku innych wydatków). Niekiedy widzimy reklamy mieszkań z podanymi cenami za metr – wychodzi ok 8000 juanów, pi razy oko 4000 zł. Stąd można wysnuć wniosek, że średnia chińska płaca jest po prostu tak brutalnie niska, iż szary pracownik musi tak naprawdę harować na mieszkanie pewnie i z 50-60 lat. Panowie mieli koło 50-tki i już w posiadaniu kilku mieszkań. Nakreśla to pewien obraz, prawda?

      Po drugie – to prawda, konsumpcja w Chinach jest ogromna – wszędzie można znaleźć dane na temat tego, iż udział konsumpcji wewnętrznej znacząco wzrosła w ostatnich czasach. Jerry i Claude stwierdzili podobnie – ludzie kupują jak szaleni. Szczególnie produkty luksusowe w celach inwestycyjnych. Cokolwiek da się kupić i będzie z tego profit w przyszłości, zamożny Chińczyk to kupi. Stąd też utrzymanie dwucyfrowego tempa wzrostu w 2010 (http://www.chinability.com/GDP.htm).

      Po trzecie – nawet jeśli mają bogatych rodziców, to ile można żyć na ich koszt, nie?

      • Mati

        Masakryczna jest tutaj przepaść między bogatymi, a biednymi. Ktoś powie, że w Polsce też jest duża (w sumie w kapitalistycznej gospodarce zawsze jest), ale skala jaka jest w Azji jest jak dla mnie niewyobrażalna – ulice z sypiącymi sie “domami” po której jeżdża Ferrari.

        BTW. Obok naszego domu wlasnie skonczyli budowe nowego (super luksusowy, jakis futursytyczny projekt) – metr kwadratowy ok. 8-9 tyś PLN. Z ciekawosci, ile wynosi minimalna (jesli w ogole isnieje?) placa w CHRL? Na Tajwanie to ~2000 pln (i ma wzrosnąć o kolejne 10% w tym roku… ech)

        A co do bogatych dzieci to hmm, znam tylko jedną historyjke. Znajomy Polak pracuje w duzej korporacji w Taipei z jednym mlodym Tajawanczykiem – synem innego bogatego Tajwanczyka. Codziennie do pracy przyjezdza najnowszym Audi A8. Jednak w firmie zajmuje dosc niska pozycje, poniewaz ojciec kazal mu pracowac “normalnie”, tak aby “zachowal twarz”…

        No ale to jest Tajwan, oni chca tu byc inni niz Chinczycy za wszelka cene :D

        • Mati

          Aaa i jeszcze jedna rzecz mi sie nasunela cod do calego “obnoszenia sie” bogactwem. Moze to tez kwestia wieku? Mysle, ze nei tylko w Chinach, ale na calym swiecie mozna spotkac wielu mlodych ludzi, “bogate dzieci”, korzystajace z pieniedzy rodzicow i pokazujace wszystkim swoj dobytek. 50 latkowie zachowujacy sie w ten sposob to zdecydowana rzadkosc – inna mentalnosc? A moze w pewnym wieku juz nie wypada i wyglada to glupio i kiedys w koncu trzeba dorosnac? :D

          • Krzysztof Benedykciński

            Wybacz, że dopiero teraz odpowiadam – jakoś mi umknęło :P

            Jeśli chodzi o płacę minimalną, to znalazłem dane z 2010r. na temat Pekinu – ok 1000 RMB (ok. 500zł) i Szanghaju – 1100 RMB (550zł) http://goo.gl/S6Rmp

            Historyjka o kolesiu z A8 niezła, niezła :P W końcu trzeba zachować twarz, nie?

  • ma

    A nie jest to związane z ogólną tendencją (do której przykładają się oczywiście wszyscy producenci sprzętu elektronicznego/motoryzacjnego itp. wszelakiego), w której być zostało zastąpione przez mieć?

    Bardzo widać to w większości prezentacji gadżetów. Poprzez użycie odpowiednich słów (nacechowanych emocjonalnie oczywiście) i stworzenie ogólnego wrażenia ‘niezwykłości’, obecni zapominają o tym, że właściwie oglądają bardziej wyszukaną formę klipa reklamowego. I że to producentowi powinno zależeć na tym, żeby produkt sprzedać a nie im, żeby go kupić.

    Skutek jest taki że konsument myśli że samo kupienie/posiadanie danego przedmiotu wnosi do jego życia wartość dodaną, bez wkładu własnej pracy.

    Czy zauważyliście, że produkt w tej chwili nie może być reklamowany jako ‘dobry’? Po prostu dobry? Musi być innowacyjny (rząd temu, kto zauważy prawdziwą innowacyjność w telefonach od czasu wprowadzenia ekranu dotykowego), rewolucyjny (tutaj nawet rząd i pół konia postawię), czy też ‘intuitive’.

    Wszystkie te określenia bardziej odwołują się do naszych emocji niż do faktycznych cech produktu (rewolucja co pół roku, to trochę za często…). No a jak przekonamy konsumentów, że żeby nie trzeba być i wystarczy kupić żeby ‘być lepszym’ to nic dziwnego, że ich tożsamość będzie określana na podstawie tego czym jeżdżą, tego z czego dzwonią itp.

    Pozdro

    • Krzysztof Benedykciński

      Jak zwykle bardzo celne spostrzeżenia Marku. W większości się zgadzam. Jako marketingowiec niestety muszę trochę pobronić zgromionych przez Ciebie marek/produktów – takie już jest nasze zadanie – wyróżnij się albo zgiń. Gdybym sam był (e-)przedsiębiorcą robiłbym dużo, żeby sprzedać swój produkt. A do tego oczywiście używałbym swojej wiedzy i doświadczenia marketingowego :)

      Poza tym, można być gażdżeciarzem, a się z tym nie obnosić prawda? Spójrz na Kasię – niedawno kupiła Kindla, żyć prawie bez niego nie może, ale nadal to ta sama Kasia :P

      pozdrosy od nas!

      • ma

        powiedzmy, że kindle to już nie jest gadżet ;-) ale mniejsza z tym.

        testowałem to, do czytania beletrystyki/gazet jeszcze ujdzie. do jakiejkolwiek pracy z książką się nie nadaje ;-)

        Ale wróćmy do meritum. Nie piłem do gadżeciarzy (sam delikatnym jestem, nie mam tylko pieniędzy :P ), ale raczej do smutnych czasów w jakich przyszło nam żyć (patetycznie to brzmi, nieprawdaż?)

        Gdzie etyka wspomnianego zawodu (powiedzmy marketingowca) nakazuje ludziom robić wodę w mózgu w imię zwiększenia obrotów. A niby od lekarzy wymaga się, żeby tego nie robili i np. nie przepisywali droższych leków. Trochę to niekonsekwentne…

  • Robotkistefci

    Takie spostrzeżenia widzę też w Polsce:(