Relacja z Wietnamu cz. 9 – delta Mekongu na rowerze

Następnego dnia rano wstajemy, jemy śniadanie, pakujemy się i idziemy wybierać nasze jednoślady. Stoi ich rzeczywiście cała masa, jednak wybrać coś, co nadaje się do jazdy (ma hamulce, a koła nie zataczają dzikich ósemek) nie jest wcale łatwo. Jak działają hamulce, to koła się nie kręcą, jak jest bagażnik, to nie działają hamulce – i tak przez godzinę. Nie wiem czy ziomek, który obsługiwał “serwis rowerowy” miał kiedykolwiek tak wymagających klientów. W końcu po wielokrotnym wymienieniu, zakręceniu, przykręceniu, wyregulowaniu i nastawieniu wszystkich ważnych elementów roweru, udało się skompletować 3 sztuki, które jako tako nadawały się do jazdy. Oczywiście nie można było mieć wszystkiego – Paweł i ja, z racji wzrostu, czuliśmy się na naszych rowerach jak na trzykołowcach z czasów dzieciństwa – już po 20 minutach dało się wyczuć skutki zbyt niskiego siodełka. Jednak lepszy rydz niż nic.

Chwila wytchnienia przed kolejną podróżą.

Paweł i ja zostawiliśmy większość bambetli w naszym “homestay” – zdecydowaliśmy, że nie ma sensu wozić butów trekingowych (w moim przypadku), większości ubrań, etc. Kasia jednak koniecznie chciała je zabrać wszystkie ze sobą. Przecież ktoś może chcieć ukraść i ubrać się w dżungli elegancką marynarkę i buty na obcasie :P (dla wyjaśnienia – Paweł przywiózł dla Kasi rzeczy, których Kasi brakowało w razie jakiejś roboty przy tłumaczeniach, m.in marynarkę, spódnicę oraz buty na obcasie). Aby nie wieźć plecaka na plecach, Kasia zbudowała sobie małą platformę na bagażniku roweru, używając do tego niezawodnej taśmy klejącej, dwóch drutów i… klapek kąpielowych :P . Następnie zainstalowała na nim swój plecak – muszę powiedzieć, że konstrukcja była wdrożona w iście inżynierski sposób, bo plecak trzymał się doskonale :)

Platforma może niezbyt widoczna, ale plecak stoi jak się patrzy :D

Wyruszyliśmy w kierunku Tra Vinh, gdzie planowaliśmy następny nocleg. Na oko, czekało nas tego dnia ok. 60-65 km. Na początku droga była małą, wiejską szosą, która po przekroczeniu skrzyżowania poszerzyła się. Zwiększył się też ruch. Jechaliśmy cały czas otoczeni morzem motorków, których właściciele raczej nie robią sobie nic z innych uczestników ruchu. Włączając się do ruchu nawet nie patrzą, czy nie znajdują się na torze ruchu innego pojazdu. Z tego względu trzeba być cały czas czujnym i uważać na takiego wyjeżdżającego z pobocza “dziada”. Od czasu do czasu posiłkowałem się GPSem, który we Wietnamie działał doskonale na moim telefonie. Miałem mapy google’a w pamięci podręcznej, z ogólnym widokiem dróg, więc mieliśmy pewność, że jedziemy w dobrym kierunku. Poza tym chcieliśmy być pewni, że uda nam się odnaleźć nasz “homestay”, aby odebrać nasze rzeczy i oddać rowery.

Najbardziej tego dnia podobało nam się to, że wszędzie przy drodze można było się zatrzymać i skosztować mleczka kokosowego prosto ze świeżo otwartego kokosu czy owocowych shake’ów. Bardzo ciekawym doświadczeniem była również przeprawa promowa – w niektórych miejscach Mekong jest tak szeroki, iż zapewne nie opłacałoby się budować długiego, kosztownego mostu. W celu przekroczenia rzeki stosuje się promy.

Będąc na pokładzie promu mogliśmy również zaobserwować bardzo ciekawe zjawisko. Myślę, że mogliście już widzieć coś podobnego na joemonster albo YT.

Prawda, że całkiem osobliwy sposób wiosłowania? :P  Po przeprawie promowej droga niestety trochę się zmieniła – była to pełna dziur, kurzu i szutru droga w budowie. Szczerze mówiąc, patrząc na stan drogi oraz brak jakiegokolwiek ciężkiego sprzętu, była to raczej budowa w drodze… Tak z resztą było w każdym przypadku, kiedy mijaliśmy we Wietnamie jakiekolwiek budowy – nic się tam szczególnego nie działo, a pracownicy (jak już się jakiegoś udało dostrzec) raczej nie narzekali na nadmiar obowiązków. Wobec powyższego często zastanawiałem się jak takie państwa w ogóle funkcjonują i się rozwijają – chyba tylko siłą rozpędu.

Do Tra Vinh dojechaliśmy niedługo przed zmrokiem, trochę nam zajęło dojechanie do samego centrum, bo miejscowość jest nieźle rozciągnięta (niczym za długie spaghetti :P ). Po drodze mijaliśmy typowe garażowe knajpy z jedzeniem, sprzedawców bagietek oraz stragany, na których można znaleźć prawie wszystko. Po dojechaniu do centrum znaleźliśmy hotel, w którym niestety nikt nie mówił po angielsku. Recepcjonistka od razu zawołała pana, który siedział przed telewizorem w recepcji. Okazało się, że był to Wietnamczyk, który jakiś czas temu wyemigrował do Kalifornii. Raz na jakiś czas wraca w rodzinne strony, zwłaszcza podczas Tetu. Od razu zaoferował pomoc w poszukiwaniu najtańszego noclegu. No i rzeczywiście, wziął mnie na swój skuter, polecił wziąć Pawła na drugi, wypożyczony z hotelu skuter i po chwili byliśmy w innym, tańszym hotelu, który był jednym z najlepszych w jakich kiedykolwiek spałem.

Oto i nasz Kalifornijczyko-Wietnamczyk, który z takim poświęceniem pomagał nam w załatwianiu noclegu.

Tego wieczoru jak zwykle szybko zasnęliśmy, bo rowery wycisnęły z nas siódme poty. Rozmowę dotyczącą planów na następne dni postanowiliśmy przełożyć na rano dnia następnego.

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , , , ,