Relacja z Wietnamu cz.8 – w delcie Mekongu

Kolejnego dnia spakowaliśmy się i wyruszyliśmy na poszukiwania autobusu miejskiego do My Tho, miejscowości, która miała być pierwszym punktem naszej rowerowej wycieczki po delcie Mekongu. Podróż zajęła nam ponad godzinę a kosztowała niecałego 1$. Niestety dworzec autobusowy w My Tho znajduje się na przedmieściach, więc albo trzeba złowić jakiegoś motorkowca (poczekać aż ktoś sam zaproponuje :P ) albo po prostu przejść się z buta. Myślmy wybrali tą drugą opcję. W pierwszym lepszym sklepiku, w którym chcieliśmy kupić wodę zostaliśmy zauważeni przez Wietnamkę, która akurat przejeżdżała obok. Zatrzymała się więc, żeby zapytać czy nie potrzebujemy pomocy. Było to bardzo miłe z jej strony. Przez następne 15 minut rozmawialiśmy o My Tho i jak się tu odnaleźć, o pracy dziewczyny w Singapurze oraz Tecie. Dziewczyna bardzo chciała, żebyśmy się nie zgubili w mieścinie (o ile to w ogóle możliwe), więc jakieś 5-7 razy omówiła szczegółowo drogę do centrum oraz okoliczne atrakcje. Podziękowawszy za cenne informacje i miłe towarzystwo, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy dalej w kierunku centrum.

Kiedy tylko doszliśmy do głównego placu miasteczka dopadł nas wilczy głód (ja tak na prawdę byłem głodny przez cały wyjazd, i to nie dlatego, że nie jedliśmy, ale dlatego, że tak aktywnie spędzaliśmy czas!). Znaleźliśmy więc knajpę, w której serwowano mięso z grilla! Na samą myśl o tym lunchu aż mnie trzęsie – to był jeden z lepszych posiłków jaki zjedliśmy od prawie pół roku. Szkoda, że Chińczycy wszystko kroją w takie drobne kawałeczki (i to razem z kośćmi :P ).

Pamiętne miejsce serwujące grillowane mięsko…

Posileni zaczęliśmy szukać miejsca, w którym uda nam się wypożyczyć rowery. I okazało się nie tak prostym zadaniem. Po pierwsze ciężko nam się było porozumieć. Ni w ząb po angielsku, nawet w hotelach. Znaleźliśmy jakąś kafejkę internetową, w której można było wypożyczyć… tandemy. Jednak przy nieparzystej liczbie uczestników nie jest to najwygodniejsze rozwiązanie. W poszukiwaniu innych jednośladów pomógł nam ziomek, który urodził się we Wietnamie, ale większość życia spędził w Australii. Stąd bardzo dobrze mówił po angielsku. No i ten zadzwonił po swojego ziomka, który okazał się lokalnym mini-agentem turystycznym. I ten jak się rozgadał, to już by nam chciał najchętniej sprzedać wycieczkę na Marsa. Obiecywał gruszki na wierzbie: a tu, a tam, a to zobaczycie, a to jest piękne, a to romantyczne… a rowerów to mam 20 do wyboru! Wysłuchaliśmy, co miał do przekazania, po czym zdecydowaliśmy, że spędzimy jeszcze trochę czasu na poszukiwaniach rowerów na własną rękę. Umówiliśmy się z gościem, że jeśli nic nie znajdziemy, to wrócimy.

Brzeg Mekongu w My Tho

Najpierw na łowy poszła Kasia. Jednak z marnym skutkiem. Za to przyniosła kartkę z instrukcją, którą mieliśmy pokazać komuś w centrum. Tam mieli nam pokazać jakieś rowery. Poszliśmy z Pawłem na zwiady. Pokazaliśmy jakimś ziomkom kartkę, a ci pokazali nam rowery… wodne w kształcie łabędzi. No pięknie, ale tym to daleko nie zajedziemy panie! Już to widzę, co było na tej kartce…

Jak ktoś zna wietnamski, albo ma znajomego Wietnamczyka, to niech to nam przetłumaczy – jesteśmy strasznie ciekawi, co tam jest napisane :P

Takie oto pojazdy zostały nam zaprezentowane po pokazaniu kartki… ehh… :P

Niestety w tym momencie byliśmy skazani na naszego pana czarodzieja, który znalazł nas sam, nie musieliśmy wracać do miejsca, w którym mieliśmy się z nim spotkać (pewnie cały czas nas śledził, z resztą w takim małym mieście wystarczy spytać pierwszą lepszą osobę o to, gdzie poszła trójka białasów z wielkimi plecakami). Zeszliśmy jeszcze z ceny o oszałamiającą kwotę $1, po czym wyskoczyliśmy z kasy i już było po zawodach. Byliśmy skazani na łaskę i niełaskę naszego guide’a. W cenie $29 mieliśmy mieć wycieczkę po Mekongu łodzią motorową, zwiedzanie wyspy, wycieczkę mniejszą łodzią, odwiedziny w fabryce cukierków kokosowych, nocleg w “homestay” z kolacją i śniadaniem oraz rowery na nieograniczony czas. Teraz, z perspektywy czasu nie dałbym za to $15, no ale cóż zrobić – koleś miał ewidentny monopol na rowery, na których nam tak strasznie zależało.

Ubiliśmy z panem oferującym gruszki na wierzbie deal życia (to znaczy dla niego to był deal życia), po czym przejęła nas jego żona. Wsiedliśmy do łódki i już po chwili sunęliśmy po Mekongu.

Po jakichś 15 minutach wylądowaliśmy na pierwszej wyspie, gdzie mieliśmy degustować wspaniałe owoce w nieprzejedzonych ilościach. Tiaaa… dostaliśmy chyba jakieś odpady po turystach z całego dnia. To znaczy owoce były ok, ale w ilości zatrważająco małej. Każde z nas miało też możliwość potrzymać plaster wyjęty prosto z ula.

Po moich przygodach z chińskimi pszczołami miałem pewne wątpliwości, czy wziąć ten plaster do rąk…

Następnie przejęła nas kolejna brygada dwojga Wietnamczyków, z którymi weszliśmy do bardzo wąskich i chwiejnych łódeczek. Te już nie miały motoru, więc pan i pani wiosłowali. Jak dotąd nie widzieliśmy żadnych “faterflaj”(przynajmniej tak to brzmiało), o których mówił pan “gruszki na wierzbie”. No nic, może będzie coś dalej. No i było. Po powrocie na łódź motorową, żona “gruszki na wierzbie” zabrała nas do miejsca, w którym na drzewach zobaczyliśmy całe chmury świetlików. Ah, jakie to było romantico! :P Niestety, nie samą miłością człowiek żyje – zrobiliśmy się znów głodni, a “gruszki na wierzbie” obiecywał, że w miejscu, gdzie będziemy spali dostaniemy jakąś rybę, co się “ucho słonia” zowie. Czekaliśmy z utęsknieniem na moment, kiedy zostanie nam ona podana :)

Dobiliśmy tymczasem do brzegu. Zabraliśmy swoje graty i poszliśmy oglądać fabrykę cukierków kokosowych. Tutaj też już niestety wszyscy powoli się zwijali. Chyba tylko dla nas wrzucona została porcja miąższu kokosowego pod wielkie imadło, żeby pokazać jak wyciska się sok.

Pod ciężarkiem leży miąższ kokosowy, z którego wyciskane są siódme poty :P

Po prezentacji procesu wyrobu cukierków, oczywiście ma się okazję zakupić owe cukierki (praktycznie wszędzie we Wietnamie zwiedzanie zawsze w bardzo “subtelny” sposób połączone jest z kupowaniem). W sumie to z ciekawości kupiliśmy trochę tych cukierków, Paweł trochę więcej, żeby było dla znajomych i rodziny z Polski. Po zakupach zostało nam zakomunikowane, że teraz wsiadamy z jeszcze innymi ziomkami na motorki i jedziemy do naszego miejsca noclegowego. Wrzucamy zatem plecaki kierowcy między kolana i fruuu, pędzimy przez ciemną dżunglę. Przez chwilę jedziemy przez jakąś mała wioskę, po czym znów robimy kilka zwrotów w ciemny las i lądujemy w naszym “homestay”. I tu znów jesteśmy nieco zmyleni – byliśmy przekonani, że zgodnie z nazwą będziemy spać u jakichś ludzi. No cóż, widocznie mamy inne pojęcie o języku niż “gruszki na wierzbie”. Lokujemy się w naszej norce i z coraz większą niecierpliwością czekamy na rybę.

Kolacja niestety zostaje podana z opóźnieniem (i czemu nas to nie dziwi). Kiedy zostaje podana ryba, znów jesteśmy rozczarowani – ucho słonia jest może uchem łosia czy też innego trochę większego konia. Ryba, warzywa, ryż i papier ryżowy służące do przygotowania zawijańców są bardzo smaczne, jednak znów w ilości niezaspokajającej nasze potrzeby żywieniowe. Jakie to szczęście, że jesteśmy ubezpieczeni przez bagietki zakupione w Sajgonie. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy dopadnie nas widmo głodu :P

Oto i ona – nieco słabo świecąca gwiazda wieczoru oraz pan dokonujący pokazu zawijania sajgonek.

Kładziemy się spać na wyspie, w delcie Mekongu, z nadzieją, że chociaż jutro wybierzemy coś z tych szumnie zapowiadanych rowerów. Jednak jak to się mawia nadzieja (która jest w matką głupich) umiera ostatnia.

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , , , , ,