Relacja z Wietnamu cz. 7 – Sajgon

Po odebraniu Pawła na lotnisku w Hanoi polecieliśmy razem na południe. Sajgon powitał nas upalnym wieczorem i zdecydowanie innym podejściem do turystów niż w Hanoi. Ponieważ autobusy z lotniska już nie jeździły, byliśmy zmuszeni wziąć taryfę do centrum. Od razu zaczęliśmy się targować o stawkę. Bo tutaj już dało się targować, nie to co w zapyziałej stolicy.

Podjechaliśmy do District 1, najpopularniejszej dzielnicy Sajgonu, gdzie zatrzymują się wszyscy turyści. W Hanoi było sporo białasów, ale w Sajgonie było ich zdecydowanie więcej niż Wietnamców. Od razu zaczęliśmy szukać miejscówki do spania. Jednak nie było to wcale łatwe zadanie. Większość hosteli było zajętych. Co jakiś czas mijaliśmy małe grupki turystów, którzy też poszukiwali miejsca noclegowego, więc wymienialiśmy się informacjami o tym, gdzie, co i za ile. Udało się w końcu znaleźć miejsce za $20 dolców, w takim wypasie, że chyba nigdy z Kasią nie spaliśmy w takich warunkach. Tego samego wieczoru poszliśmy spróbować lokalnych rarytasów, czyli sajgonek. Okazało się to jednak niemożliwe – nigdzie nie mogliśmy znaleźć streetfooda oferującego sajgonki. Skazani więc byliśmy znów na moją ulubioną na zupę pho. Na pocieszenie jednak wzięliśmy sobie jeszcze po owocowym shake’u z mango, który po prostu wymiatał.  Zmęczeni po prawie całym dniu koczowania na lotnisku szybko poszliśmy spać, żeby od rana zacząć eksplorować miasto, w powiększonym składzie :)

Następnego dnia zwiedzanie rozpoczęliśmy od okolicznego marketu, w którym oprócz zakupów związanych z odzieżą i szeroko pojętymi pamiątkami, można również wrzucić coś na ruszt. Jako, że Kasia miała ogromną ochotę na sajgonki, zdecydowaliśmy, że będzie to dobre miejsce na małe co nieco. Paweł nawet nagrał wideo z procesu powstawania takich zawijasów:

 

Po posileniu się lokalnymi specjałami udaliśmy się do centrum. Zachwycił nas koloryt głównej ulicy miasta, prowadzącej do ratusza, która została udekorowana kwiatami oraz wielkimi figurami stworzonymi z wikliny/bambusa. Ulica była pełna ludzi, głównie robiących sobie zdjęcia Wietnamczyków.

Główna ulica Sajgonu przystrojona z okazji Tetu.

Ulica była pełna pozujących do zdjęć Wietnamek.

To co najbardziej lubimy w Azji – jedzenie znajduje cię samo… na ulicy :)

Następnie udaliśmy się wzdłuż trasy rozpisanej w Lonely Planet. Z miejsc wartych polecenia to na pewno Remnants War Museum. Na trzech piętrach okazałego budynku znajdują się zdjęcia, eksponaty oraz informacje związane z wojną między Wietnamem a USA. Miejsce to jest absolutnym must-see, choćby dlatego, żeby przekonać się jak fatalne skutki dla Wietnamczyków miała ta wojna. Niektóre zdjęcia są bardzo poruszające, szczególnie te przedstawiające osoby dotknięte wojnę. Jeszcze dzisiaj we Wietnamie rodzą się dzieci z deformacjami, które są spowodowane używaniem broni chemicznej przez Amerykanów.

Po wyjściu z muzeum pokręciliśmy się trochę po mieście, żeby zażywać atmosfery Sajgonu. Gdy zrobiło się ciemno znów wróciliśmy na główną ulicę centrum, gdzie niespodziewanie spotkaliśmy bardzo ciekawe przedstawienia uliczne – grupy muzyczne, szczudlarzy czy młodzieżową orkiestrę dętą. Mnie szczególnie spodobała się tradycyjna muzyka, próbka na poniższym filmie:

 

Musimy przyznać, że niedługo zabawiliśmy w Sajgonie, bo był to raptem jeden dzień (czego w cale nie żałujemy, bo zdecydowanie bardziej wolimy obcowanie z naturą), ale to wystarczyło, żeby wywarł na nas dużo lepsze wrażenie niż stolica. Nazajutrz zbieraliśmy się już do My Tho, miejscowości z której startowaliśmy do delty Mekongu.

Więcej zdjęć z Sajgonu jak zwykle na stronie ze zdjęciami a wszystkie filmy dzięki uprzejmości Pawła, który niezmordowanie kręcił je, nawet w taki ciekawych sytuacjach jak jazda w nocy na motorku :)

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , , , , ,