Relacja z Wietnamu cz. 6 – Hanoi, czyli miasto odpowiedzialne za zniszczenie mojej kurtki

Szczerze mówiąc, nawet mi się nie chce pisać o tym mieście. Myślę, że w rankingu moich ulubionych miast byłoby ono na ostatnim miejscu. Skąd takie nastawienie? Czytajcie dalej…

Miasto przywitało nas chłodnym porankiem (była 5 rano). Po wyjściu z pociągu szliśmy jakimiś dziwnymi peronami, które nie miały przejść podziemnych, bo po co, można przecież dymać przez tory. Na dworcu, który jak na stolicę był po prosty obskurny, zaczekaliśmy aż zrobi się nieco jaśniej, po czym ruszyliśmy szukać hostelu. Ulice były totalnie puste – był to efekt Tetu, Chińskiego Nowego Roku, obchodzonego również we Wietnamie. Zapamiętajcie proszę tą nazwę, bo będzie się ona przewijać dość często, szczególnie w kontekście cen.

Miejscem, w którym nie ma problemu z noclegiem jest Old Quarter, stara, zabytkowa dzielnica Hanoi, pełna małych uliczek, sklepików i knajpek. Jednak ze względu na to,  że przybyliśmy do Hanoi w Nowy Rok, większość miejsc była zamkniętych. Udało nam się jednak znaleźć nocleg za $8 w przyzwoitej lokalizacji. Mamy pokój na ostatnim piętrze, przez co Kasia nazywała go gołębnikiem . Za to obsługa jest bardzo miła i kompetentna – dziewczyna stojąca za lada dostarczyła nam sporo informacji, doradziła, załatwiła bilety itp.

Hanoi jakoś nas nie zachwyciło. Podążaliśmy szlakiem rozpisanym w przewodniku, schodząc co jakiś czas z niego, żeby zażyć lokalnych klimatów (gra w piłkę z dzieciakami czy oglądanie strefy wyburzeń w centrum miasta). Po pierwsze pełno tu białasów. Nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni, wiec co chwilę szczerzymy się do każdego. Ci nie wiedza o co chodzi, ale też się uśmiechają.

Stolica kraju – pan w garniturze karmiący kurczaka orzeszkami ziemnymi :P

Po drugie samo miasto, które jest zamieszkane przez 6,5 mln ludzi, to taka mała prowincja pretendująca do bycia “fajnym” miejscem. Wszystko, co zwiedziliśmy pierwszego dnia, to kilka świątyń, w których Wietnamczycy składają ofiary swoim bożkom (pieniądze, owoce itp. w myśl zasady send me money, send me green, heaven you will meet ”Leper Messiah” by Metallica)Trochę to wygląda jak u nas na 1. listopada – ludzie przychodzą, składają ofiary, odmówią swoją “zdrowaśkę” i idą dalej.  Zapewne im więcej odwiedzą takich miejsc, tym lepiej. Same świątynie też nie zachwycają – naoglądałem się ich już w Chinach, z reszta nigdy nie byłem zwolennikiem biegania po kościołach i zachwycania się architekturą. Niektóre ze świątyń to miały tak dużo naciepielone wszystkich darów, owoców, drzewek i innych dziwactw, że ciężko było przez to się przedrzeć.

Jedna ze świątyń – niezły bajzel, prawda?

Proszę, niech te świątynie się już skończą…

Po trzecie – jedzenie. Tak jak pisałem, z powodu Tetu większość miejsc była zamknięta, toteż byliśmy skazani na jedzenie tam, gdzie było otwarte. A na ogół były to stoiska z zupką pho – lokalnym przysmakiem. Oczywiście należy spróbować tego, co jedzą lokalsi, ale ile można jeść makaronu w zalewie z niewielką ilością mięsa, zieleniny i soku z limonki? I ciągnąć na tym przez cały dzień intensywnego zwiedzania!

Jedyne, co ratuje Hanoi to architektura (aż takim architektonicznym ignorantem to też nie jestem :P ) i bagietki. Ponieważ we Wietnamie przez jakiś czas siedzieli Francuzi, pozostawili po sobie co nieco. Przede wszystkim ciekawiej niż w Chinach, wyglądające budynki. Nawet jeśli budynek jest niski, jedno-, dwukondygnacyjny (a takich jest najwięcej), to posiada on balkon i ciekawe zdobienia dachu. Same budynki przypominają tramwaj – ich podstawy są bardzo wąskie i długie, przez co wchodzac do budynku może się wydawać, że przechodzi się przez kolejne wagony pociągu. Drugie, co Wietnamczycy dostali w spadku po swoich kolonizatorach, to pieczywo – wreszcie mieliśmy możliwość zjeść na śniadanie normalny chleb z serkiem topionym, który smakował zupełnie jak nasz polski.

Takie właśnie “kiszki” można spotkać w całym Wietnamie. Dlaczego budynki są takie wąskie? Bo podatek od nieruchomości obliczany jest od szerokości podstawy budynku. Nikomu więc nie zależy na szerokich domach :P

Drugiego dnia pobytu w Hanoi byliśmy odwiedzić wujka Ho. Ruscy to jednak potrafią odpicować tak denata, że ten wyglada jakby dopiero, co zasnął. Szkoda trochę, że współziomkowie Ho Chi Minha zrobili to wbrew jego woli (Ho chciał być skremowany). Jednak został on potraktowany jako bohater narodowy – proklamował niepodległość Wietnamu oraz zjednoczył kraj w obliczu wojny z Francuzami i Amerykanami. A z bohaterami narodowymi w niektórych krajach, jak to pokazuje przykład Lenina i Mao, trudno się rozstać.

Do mauzoleum, gdzie spoczywa ciało Ho Chi Minha wchodzi się od tyłu całego kompleksu muzealnego. Cała procedura przechodzenia przez kolejne punkty kontrolne, oddawanie bagażu, aparatu (w oddzielnych okienkach się to robi) trwa zdecydowanie dłużej niż sama “wizyta”.

Budowanie wzniosłej atmosfery w czasie stania w kolejce poprzez odtwarzanie koncertów ku czci wodza narodu

Nie polecamy zostawiać bagażu (jeśli kontrola na to pozwoli). Lepiej wziąć wszystko ze sobą. W przeciwnym razie można się nieźle namęczyć szukając drogi powrotnej do miejsca, w którym zostawiło się plecak czy torebkę.

Po wizycie w mauzoleum poszliśmy do kolejnej świątyni (to nie zwiedziliśmy ich wszystkich dnia poprzedniego?), która znów jakoś tak nie wywarła na mnie większego wrażenia. Znów było pełno ludzi, którzy przepychali się w kolejkach do ołtarzyków oraz panów rozpisujących noworoczne życzenia po chińsku.

Nie ma to jak robić foty tabletem :P

Po wyjściu z terenu świątyni udaliśmy się na dworzec autobusowy, żeby sprawdzić jakie mamy opcje dojazdu na lotnisko. W centrum nagle zauważyłem starszego pana, który miał spodnie marki Milo, bardzo podobne do moich. Podeszliśmy bliżej, żeby sprawdzić w jakim języku porozumiewa się on ze swoim towarzyszem. No i rzeczywiście byli to Polacy, którzy zorganizowali podróż dookoła świata śladami Polonii. Chwilę pogawędziliśmy z panami (a tak naprawdę z jednym z nich, bo drugi nie był zbyt rozmowny), jednak szczerze mówiąc zaczęliśmy mieć dosyć,  kiedy zaczęło się marudzenie, że nie dostali żadnego sponsora, nic też nie dostali od lokalnych władz, że trzeba mieć wszędzie plecy, żeby się wybić (pili do Martyny Wojciechowskiej) itp. Dostaliśmy wizytówkę z namiarem na stronę, po czym pożegnaliśmy się z panami. Może mieli gorszy dzień, a może mieli też dość jedzenia tylko zupy pho? (drugi z nich,ten mniej rozmowny próbował tłumaczyć Wietnamce po polsku, że chciał dostać całe udko w zupie, a nie tylko kawałki mięsa… ech…).

Kontynuując poszukiwania dworca, przytrafiła się rzecz, która zaważyła na tym, że Hanoi wylądowało na końcu listy ulubionych miast. Mianowicie, przechodząc obok jakiegoś płotu, wystający kawałek drutu pociągnął mnie za rękaw (zrobił to z wyraźną satysfakcją!), w wyniku czego w mojej goretexowa kurtce powstała dziura! Co prawda nie urwało mi… całego rękawa, ale come on, moje gore! Wkurzyłem się na maxa, po prostu zagotowało się we mnie. Jak tylko znaleźliśmy dworzec (raczej dłuższy przystanek autobusowy), stwierdziłem, że całe szczęście, że już jutro wylatujemy z Hanoi, bo dłużej tego miasta bym nie zdzierżył.

Oto i niesławna dziura… skala mniej więcej zachowana

Wróciwszy do naszego gołębnika, posiedzieliśmy trochę na necie, spakowaliśmy się i położyliśmy się spać, żeby następny dzień nadszedł jak najszybciej. Nazajutrz dojazd na lotnisko komunikacją miejską zajął nam ok. godziny. Droga prowadziła przez takie wygwizdowo, że ma się wrażenie, iż kierowca chciał zabrać pasażerów do meliny, gdzie wycinają nerki. Mówię Wam, to całe Hanoi to jakieś takie z dykty się wydaje. Na szczęście dojechaliśmy na lotnisko na czas, gdzie praktycznie od razy odłowiliśmy Pawła z hali przylotów i razem czekaliśmy już na popołudniowy lot do Sajgonu.

Uff na reszcie koniec o Hanoi, na samą myśl o tym mieście aż się włos jeży!

Więcej zdjęć znajdziecie jak zwykle w galerii.

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , , , , , ,

  • Robotkistefci

    Co do robienia zdjęć tabletem, to zaczęło być to popularne – widziałam w Chinach i w Londynie:) Najlepsze co mnie zaciekawiło, że mężczyźni (obserwacje z Chin) noszą torebki swoim kobietą i nie ważne jak są te torebki “na bogato” (zdobione:) Na zdjęciu również to widać, czy Azjaci lubią damskie torebki? O co chodzi?

    • Krzysztof Benedykciński

      Ten ziomek raczej niesie torebkę swojej drugiej połówki. Raczej sami ich nie noszą. Mnie zastanawiają inne chińskie dziwactwa, niektóre zaprezentowałem w tym wpisie: http://goo.gl/U4sW4