Relacja z Wietnamu cz. 5 – lunch u lokalsów

Następnego dnia po trekkingu wstajemy nieśpiesznie, musimy się wylogować z hostelu, bo wieczorem chcemy już złapać pociąg do Hanoi. Pakujemy się zatem, zostawiamy rzeczy w hostelu i idziemy jeszcze powdychać trochę górskiego powietrza. Dziś jednak chcemy zejść z głównych ulic i zajrzeć trochę za kulisy Sapy. Wychodzimy więc na przedmieścia  i skręcamy w małą alejkę. A z niej jeszcze w kolejną. Kolejni napotkani ludzie pozdrawiają nas wesoło machając rękoma. To ciekawe, bo w centrum już otoczeni bylibyśmy przez sprzedające lokalne wyroby babuszki. A tu nic – znaczy, że tutaj turyści nie zaglądają. I o to nam też chodziło.

W pewnym momencie jedna z pań stojących przy swoim domostwie, zaprasza nas gestem dłoni do wewnątrz . Takie zaproszenia to niepowtarzalna okazja  na to, żeby zobaczyć jak żyją lokalni ludzie, zjeść z nimi posiłek, dowiedzieć się czegoś nowego i to z pierwszej ręki. Bardzo sobie cenimy taką inicjatywę lokalsów, która jest też przejawem zainteresowania i szacunku dla obcych.

Mieszkanko jest dość surowo wykończone – gołe betony na podłodze, ścianach i suficie. Najważniejsze, że jest stół, przy którym siedzi już najprawdopodobniej głowa rodziny – mężczyzna uśmiecha się do nas, wstaje i wyciąga z kredensu nalewkę, zapewne własnej roboty. Pieruńsko ostra, a zapitki brak. No nic, oni nie zapijają, to my też nie będziemy. Nagle pojawia się jeszcze jedna osoba – to Manh, jedyny syn w rodzinie (bo są jeszcze dwie córki). Mówi trochę po angielsku, ale dogadujemy się z nim lepiej po chińsku. Okazuje się, że jest on przewodnikiem turystycznym w Hanoi. Wrócił do rodzinnego domu na Tet, Chiński Nowy Rok, który jest również obchodzony we Wietnamie.

Głowa rodziny wyciąga nalewkę z kredensu.

Na stole lądują kolejne potrawy – ryba, warzywa, jakiś gęsty sos oraz ryż z mięsem zawinięty w liść bananowca. Manh bardzo sprawnie dzieli ryż na 8 części, nie używając do tego noża. Bo nie wolno, tylko nie wiemy dlaczego – może przynosi nieszczęście? Manh nie potrafił wytłumaczyć. Ryż ma konsystencję papki, więc czuję się jakbym przeżuwał bardzo gęsty klej. Ryba i warzywa bardzo smaczne, do tego ciekawie smakujący sos.

Po zakończonym posiłku Manh zabiera nas na tyły domu, żeby pokazać nam swój ogródek.  Uprawia w nim różne warzywa, a także kilka drzewek owocowych. Dostajemy nawet po kilka gałązek z drzewka mandarynkowego (które z resztą widujemy wszędzie we Wietnamie, bo jest to symbol nowego roku).

Kasia, Manh i drzewko mandarynkowe

Widok na Sapę z ogródka Manha

Wracamy do środka. Manh pokazuje nam swój pokój. Według standardów europejskich, nie wiem czy można to nazwać pokojem. Było to coś na kształt małego przechodniego pomieszczenia, w którym upakowano kolejny stół, fotele, sofę oraz… ołtarzyk modlitewny ze zdjęciem babci. Siadamy na fotelach i konwersujemy. Gdy tematy się wyczerpują (a raczej zasób słownictwa Manha), wymieniamy się kontaktami i obiecujemy przesłać zdjęcia, które zrobiliśmy w Sapie (co też uczyniłem :) ). Czas na nas, musimy kupić bilety i zjeść coś przed podróżą (tak, wiem, że niedawno jedliśmy lunch, ale w czasie podróżowania nie je się wtedy, gdy się jest głodnym, tylko kiedy ma się dostęp do jedzenia :P ). Dziękujemy za poczęstunek i gościnę i wracamy do centrum Sapy.

Pokoik Manha, w tyle widoczny ołtarzyk i zdjęcie babci

Po powrocie do hostelu, z którego odbieramy bagaże, poznajemy parę Polaków – Beatę i Tomka, którzy podróżują dookoła świata. Wymieniamy się kontaktami, zarzucamy plecaki i żegnamy się z Sapą. Przed nami Hanoi, o którym usłyszeliśmy wiele niepochlebnych opinii. Zobaczymy jakie będzie na prawdę.

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , , ,

  • http://www.facebook.com/marcin.j.fejfer Marcin Fejfer

    Rany… Jak ja chciałbym Was tam odwiedzić .. :)

    • Krzysztof Benedykciński

      Zapraszamy, ale do Wietnamu najbliższym czasie już się nie wybieramy ;-)

  • http://www.facebook.com/people/Michał-Lussa/100000183107239 Michał Lussa

    A tu jedliście ??? (targowisko w Sapie) My się nie odważyliśmy mimo że co kawałek wciskano nam menu :) Po powrocie zauważyłem że na jednej fotce z tego targu mam zgrilowanego psa w kawałkach..

    https://picasaweb.google.com/109047490425823661510/VietNam2011#5585475569782122466
    https://picasaweb.google.com/109047490425823661510/VietNam2011#5585477223269825954

    • Krzysztof Benedykciński

      W Sapie akurat jedliśmy w knajpie dla lokalsów, gdzie i tak niestety zdzierano z nas jak za zboże. No niestety, dla nich psina to mięso jak każde inne… za to szczura nigdzie nie uświadczyliśmy (oprócz biegających po ulicach). Jedna Wietnamka w Mui Ne powiedziała nam, że jest to raczej specjalność na wsiach. Damn, a tak chciałem spróbować! :P

  • Krzysztof Benedykciński

    O, no proszę! Dzięki za wytłumaczenie :-)