Relacja z Wietnamu cz. 3 – Sapa

Sapa powitała nas ciepłym porankiem. Od razu stwierdziliśmy, że Denis i Julia, którzy byli tam niecałe dwa tygodnie przed nami mieli wyjątkowego pecha, bo mieli mgłę i nie widzieli tego, co my.

Pierwsze wrażenie – przecież to jest takie nasze Zakopane, tylko że 10 lat wstecz! Klimat głównych ulic w pełni przywoływał na myśl Krupówki. No i oczywiście nie zabrakło krupówkowiczów – znów pełno białasów, którzy ledwie mogli się opędzić od licznych kobiet ubranych w tradycyjne stroje lokalnej mniejszości etnicznej czarnych Hmongów, sprzedających chusty, torby i jeszcze inne wyroby rękodzielnicze. Co nas najbardziej zdziwiło to to, że kobiety mówiły płynną angielszczyzną. Od kogo się jej nauczyły? Oczywiście od turystów!

My również zostaliśmy przyuważeni przez babuszki, które żywo goniły za nami wszędzie, gdzie się ruszyliśmy. Najlepszą strategią na pozbycie się intruza to w ogóle nie wdawać się w pogawędkę, zaczynającą się zawsze tak samo: a jak się nazywasz? skąd jesteś? ale masz ładne oczy. Po kilku nieudanych próbach wciśnięcia nam lokalnych wyrobów, same oddawały walkowera.

Tak się kończy, jeśli nie zdąży się na czas uciec przed ulicznymi sprzedawczyniami

Zabunkrowaliśmy się w hostelu dla backpackersów (na początku dostaliśmy zatęchłą norę, którą zareklamowaliśmy i dostaliśmy coś lepszego, a co! za $6 się należy pokój bez grzyba!), po czym zaczęliśmy zwiedzać. Pierwsze kroki skierowaliśmy do bardzo malowniczej wioseczki Cat Cat, która była oddalona od Sapy o jakieś 3km. Droga malownicza, z widokami na góry, po jednej stronie pasące się bydło, po drugiej biegające prosiaki a wszędzie tarasy ryżowe. Może i nie były zazielenione, ale nadal bardzo urokliwe, co możecie zaobserwować na poniższych fotkach.

Takież oto widoki cieszyły nasze oczy w drodze do Cat Cat – prawda, że uroczo?

Kasia ze swoim nowym kolegą :P

I jak tu nie pogłaskać takiego sympatycznego bydlątka :D

A teraz wyobraźcie sobie, że podczas miłego spaceru (było bardzo ciepło na dodatek!) mijały nas całe autokary wypełnione turystami. Dokąd jechali? Do Cat Cat. Jak tu można kupować zorganizowaną wycieczkę do wioseczki oddalonej od miejsca noclegowego o 3km? Przecież droga była tak prosta, że nie idzie się zgubić, naprawdę. Stwierdziliśmy z Kasią, że “kółkowcom” (tak nazywam ludzi ciągnących za sobą walizki na kółkach) można wszystko sprzedać, nawet zorganizowane wyjścia do knajpy (z całym szacunkiem dla osób, które podróżują z walizkami na kółkach :) ).

Wstęp do wioski jest płatny – Wietnamczycy już się skapnęli, że skoro widują w jednym miejscu sporo białasów, to czemu by na nich po prostu nie zarabiać. Wioseczka nadal jest zamieszkiwana przez rdzennych mieszkańców, jednak wiele domostw przygotowanych jest pod turystów – pełno tu różnych sklepików z w/w rękodziełem, napojami czy kawą. I na każdym kroku babuszki (czy też ich młodsze odpowiedniczki) zachęcające do zakupu mydła i powidła.

Jedna z kobiet szyje to, co za chwilę inna będzie wciskać białasom.

Spotkaliśmy też na swojej drodze kilka ciekawych urządzeń, które wykorzystują siłę wody do ubijania/ugniatania.

Woda z bambusowej rury wypełnia naczynie, które jest częścią huśtawki. Kiedy naczynie się zapełnia wodą, opada woda się wylewa, a huśtawka wraca do pierwotnego położenia, silnie uderzając i ugniatając np. ryż

Cat Cat ciągnie się aż do małego wodospadu, który kończy trasę “zwiedzania”. My jednak pokusiliśmy się (nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zeszli z utartych szlaków :P ) zapuścić się nieco dalej, zachęceni opowieściami Julii i Denisa o górskiej “sekretnej” dróżce, którą podążali wzdłuż strumyka. I to był strzał w dziesiątkę. Zero turystów i moczenie nóg w lodowatym strumieniu – był to zdecydowanie najlepszy punkt zwiedzania Cat Cat :P

Na “sekretnej” drodze spotykaliśmy tylko czasami dzieci noszące drewno w koszykach.

Kaziok jeszcze przed zanurzeniem stópaków w strumyku.

Po powrocie z wioski chcieliśmy kupić sobie jakieś owoce. Skoczyliśmy więc na targ owocowo-warzywny, który mijaliśmy po drodze. I tu pojawiła się dość nieprzyjemna sytuacja. Całość opisuję w poniższym nagraniu audio:

Po wyjściu z targu warzywnego humor poprawiliśmy sobie interakcją z lokalsami – na głównym placu znajdowała się bambusowa huśtawka, z której nie omieszkaliśmy nie skorzystać :)

Powrót do dzieciństwa – to lubimy!

Po chwili zabaw z dzieciakami ruszyliśmy na poszukiwania agencji, w których mogliśmy wynająć przewodnika na Fansipana, najwyższą górę Wietnamu (i jednocześnie Azji Południowo-Wschodniej). Po lekturze blogów Polaków, którzy pogubili się w dżungli stwierdziliśmy, że nie ma co dzielić ich losu (i powtórzyć tego, co miało miejsce w Xishuangbannie). Od razu zakładaliśmy, że robimy jednodniowy trekking. Jak ziomki w agencjach to usłyszeli, to łapali się za głowy – nie da rady, będziecie musieli biec. Dobra, dobra, pewnie i tak nigdy nie opuścili swoich biurek, więc nie wiedzą czy jak rzeczywiście wygląda trek. W końcu udało się nam ich przekonać, że damy radę i chcemy zrobić Fansiego w jeden dzień. Ceny oscylowały w okolicach 65-70 dolców za osobę. Po twardych negocjacjach (jest Tet, musicie dać więcej, żeby zachęcić przewodnika do opuszczenia swojej rodziny w święto) zeszliśmy do 55. Wyjazd o 5 rano sprzed hostelu, powrót w zależności od naszego tempa – 16-20. Idziemy sami, bo nikt inny nie zgłosił ochoty wchodzenia na górę w jeden dzień. Płacimy i wychodzimy ciesząc się na nadchodzący trek.

Wieczorem w naszej norce powoli układamy się do snu, a tu pukanie do drzwi. Okazało się, że to ziomek z agencji. Chciał zapytać czy będzie ok jeśli weźmiemy jeszcze jedną osobę na trek. Pytamy kto to i czy w ogóle widział góry na oczy. Ziomek odpowiada, że tak, że był w Nepalu i jest miłośnikiem gór. Dodatkowo, żeby nas przekonać oddaje nam jeszcze po 5 dolców (z tej racji, że będzie więcej osób, czyli należy się większy discount :P ). No dobra, mówimy sobie, niech idzie. Na odchodnym ziom prosi, żebyśmy nie zdradzali naszemu towarzyszowi ile zapłaciliśmy. Stąd domyślamy się, że John (tak będzie miał na imię Brytyjczyk, z którym będziemy wchodzić na Fansiego) zapłacił trochę więcej. Ile? Nie pytaliśmy :P

Idziemy spać, bardzo ciekawi, kim też będzie “śmiałek”, który też chce pokonać Fansipana w jeden dzień.

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , , , , ,

  • Agata

    Eh, napięcie rośnie ;)

    • Krzysztof Benedykciński

      Nie da rady napisać wszystkiego za jednym zamachem :-)

  • http://www.peron4.pl/author/crullu/ Greg z peronu

    chris, piąteczka. załoga z peronu pozdrawia :D

    • Krzysztof Benedykciński

      Hej, piątka! rozumiem, że obejrzeliście filmik? dzięki za odwiedziny i zapraszamy ponownie :-) Pozdrosy!