Relacja z Wietnamu cz. 2 – dojazd do granicy

Wyjazd zaczął się oczywiście nie bez przygód. Autobus do granicy wietnamsko-chińskiej mieliśmy koło 10:50. Z dużym zapasem wyszliśmy na autobus miejski, żeby dojechać na dworzec. Specjalnie sprawdziliśmy wcześniej dojazd, wrzuciłem go sobie na telefon, więc podążaliśmy za wskazówkami. Po przesiadce okazało się jednak, że oba autobusy, którymi mogliśmy dojechać na dworzec akurat nie jadą. Jakiś pan wskazał nam kolejny autobus, którym mogliśmy jednak dojechać do naszego dworca. Potem kolejna przesiadka a czasu coraz mniej. Zrobiło się też lekko nerwowo. Zdecydowaliśmy się więc na taksówkę, o którą o tej porze dnia wcale nie łatwo. Zauważyliśmy jednego ziomka, który też był z tobołami, więc pewnie też chciał jechać na dworzec. Postanowiliśmy łapać takse razem. Po pewnym czasie podjechał do nas jakiś koleś. Zapytał czy nie potrzebujemy podwózki. Normalnie nie jeździmy z nieznajomymi, którzy nie są taksówkarzami, ale to była sytuacja wyjątkowa. Wsiedliśmy i pojechaliśmy na dworzec. Tam już bez większych problemów udało się znaleźć autobus, ulokować w nim i wyruszyć w podróż.

Mieliśmy dość ciekawe miejsca, bo w pierwszym rzędzie, zaraz przy szybie. Mogliśmy zatem podziwiać wszelkie widoki. A było co podziwiać, jak możecie zauważyć na poniższym filmie:

Taką drogą jechaliśmy chyba dobre pół godziny. Na szczęście później było już lepiej, droga prosta, ładniejsze widoki, górzyste tereny. Do Hekou, które graniczy z Wietnamem dojechaliśmy koło 17, także do zamknięcia granicy mieliśmy jeszcze sporo czasu. Zjedliśmy coś jeszcze po stronie chińskiej, po czym zdecydowaliśmy się na przekroczenie granicy. Nie wiedzieliśmy, czy uda nam się jeszcze tego samego wieczoru dojechać do pierwszej miejscówki w Wietnamie – Sapy. Przekroczyliśmy granicę i Hekou zmieniło się w Lao Cai. I tu od razu pojawiło się stado naganiaczy, którzy swoimi motorkami byliby w stanie zabrać nas wszędzie, nawet i na księżyc. Skorzystaliśmy jednak z podwózki elektrycznym wózkiem do dworca kolejowo-autobusowego. A tam… tabuny białasów. I wszyscy z walizkami na kółkach.

Kasia poszła zapytać, czy odjeżdża dziś jeszcze coś do Sapy. Niestety, nic już nie odjeżdżało, byliśmy więc skazani spać w Lao Cai. Udało nam się jednak znaleźć hostel za niewielkie pieniądze, w którym Kasia dogadała się z właścicielem po chińsku i załatwiliśmy sobie dojazd do Sapy następnego ranka.

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , , , , ,

  • AW

    I co dalej, i co dalej ??? ;) )