Jak stałam się właścicielką roweru

Ostatnio pisaliśmy o tym, że planujemy przenieść się na inny uniwerek.  Jeździmy teraz na zajęcia na Yunnan University, położony nieco dalej od naszego mieszkania. Od tygodnia dojeżdżaliśmy autobusem a potem szliśmy pieszo (około 10-15 minut). Znacznie fajniejszą alternatywą dla tłoczenia się z masami podróżujących w godzinach szczytu Chińczyków, wydawało mi się jeżdżenie rowerem.

Zgodnie zresztą z chińską tradycją:

Świat jednak poszedł od tego czasu do przodu i Chińczycy zamienili rowery na elektryczne motorki. Rowerami jeżdżą teraz zwykle ludzie ubożsi, spotkać można też rowerzystów “pro” – na wypasionych “góralach”, w odpowiednim ubraniu i innymi gadżetami.

Ja w każdym razie zdecydowanie nie czuję potrzeby ani zakupu elektrycznego motorka ani roweru z górnej półki – pewnie niedługo by postał przypięty do płotu koło uniwerku. Zaczęłam więc poszukiwania ogłoszeń w Internecie, wysłałam kilka smsów, ale niestety – wszystkie rowery, które sobie upatrzyłam zostały już sprzedane.

Z pomocą przyszła moja nauczycielka – powiedziała, że zapyta w osiedlowej graciarni czy są jakieś rowery na sprzedaż. Dziś na zajęciach powiedziała, że jest cała góra zakurzonych rowerów, żebyśmy ubrali się w najgorsze ubrania i przyjechali poszperać ;) .

Faktycznie, w małym budynku strzeżonym przez żwawą babcię rowerów było sporo. Była to dosłownie hałda, rzuconych bez ładu i  składu pojazdów. A to jeden bez siodła, a to jeden bez opon, pełno rowerowych wraków. Szkoda, że nie zrobiliśmy zdjęcia, widok był dość niecodzienny.

Ostatecznie, udało się wytypować 3 w miarę nadające się sztuki. Rowery były jednak zabezpieczone zapinkami – jedną trzeba było sforsować przecinakiem (zobaczyłam na własne oczy jak łatwo pozbyć się tego zabezpieczenia nawet wyjątkowo tępym narzędziem!). Jeden rower odpadł od razu – był tak mały, że wybiłabym sobie zęby kolanami.

“Czołgowej” zapinki drugiego roweru nie udało się niczym sforsować. Jak już pomyślałam sobie, że nic nie wskóramy, przyszedł z pomocą mąż nauczycielki i przyniósł pasujący do zapinki klucz! Krzychu zaczął więc testować na oko 10 letniego Gianta. Zasuszona babcinka (która uprzednio ochoczo wkroczyła do akcji z przecinakiem), zaczęła wychwalać pojazd. Uważała się za eksperta i usiłowała przekonać nas (mówiąc w dialekcie kunmińskim oczywiście, więc nic nie można było zczaić!), że “rylające się” (chwiejące się) tylne koło to żaden problem. A co tam! Starawe opony z wystającym jakimś włosiem(?) to też żadna przeszkoda!

Ostatecznie zdecydowaliśmy się na zakup (rower + solidna zapinka) za 70Y (ok.35zł), pod warunkiem, że pierwszym miejscem które odwiedzi rower będzie warsztat ;) . W międzyczasie kupiłam też kask rowerowy (droższy niż sam rower ;) ), a za chwilę idę do warsztatu odebrać mój pojazd. Mam nadzieję, że będzie ok, bo pan jest “wielofunkcyjny”: naprawia buty, parasole, rowery, motorki i zapewne wiele, wiele innych…

Oooo! Wrócił Krzychu z pojazdem! Wrzucam zatem fotę! Prawda, że niezły?

Nasz nowy nabytek :)

About kasia

Absolwentka sinologii, podróżniczka, miłośniczka gór i eksperymentów kulinarnych, biegaczka. Odpowiada za planowanie i logistykę naszych wojaży, służy również swoimi umiejętnościami translatorskimi.

, ,

  • AW

    Noooo – pojazd niczego sobie ;) )

  • Struś

    Super! :) Byle trzymał się kupy przez jakiś czas, chociaż pan “złota rączka” pod nosem ;)

    • Krzysztof Benedykciński

      Może do lipca wytrzyma :-P