Xishuangbanna – treking

Dzień 1

Drugiego dnia pobytu w Jinghong rozdzieliliśmy się – Denis i Julia mieli trochę mniej czasu (musieli wrócić na niedzielę rano do Kunmingu), więc zdecydowali się na krótsze wycieczki. My za to, jak to zwykle z nami bywa, zabawiliśmy się w backpackersów. Znaleźliśmy info dotyczące trekingów niedaleko Jinhong, które można było zrobić bez przewodnika. Należało udać się autobusem do wioski, z której docierało się do kolejnej wioski kolejnym autobusem, a stamtąd rozpoczynał się już treking. Wszystko miało pójść w miarę bezproblemowo – mieliśmy opis treku, orientacyjne mapki, mapy google i GPS. I do pewnego momentu nawet tak było. Dopóki ścieżka w dżungli nagle się nie skończyła. Ale po kolei…

Jak wspomniałem wyżej, aby rozpocząć treking musieliśmy przedostać się przez mieścinę Damenglong, wioskę Mengsong i Guangming. Celem pierwszego dnia była wioska Yako, zamieszkiwana przez mniejszość etniczną Akha, w której mieliśmy spać. Drugiego dnia mieliśmy spędzić 7h w drodze, aby dostać się do Bulanshang. Z informacji, które znaleźliśmy w Mei Mei Caffee wynikało, że z Damenglong do Mengsong odjeżdża tylko jeden autobus, w południe, nie chcieliśmy więc się na niego spóźnić. Wyruszyliśmy z Jinghong o 7:20, wylądowaliśmy w Damenglong po ok. 90 minutach. Przeczekaliśmy do południa jedząc lunch i kręcąc się po okolicy, która nie była zbyt ciekawa – godnymi uwagi były tylko dwie świątynie. W pobliżu jednej z nich nawet udało nam się spotkać mnichów… w czapeczkach i japonkach :P

Mnich w jednej ze świątyń w Damenglong

Damenglong – pierwsza z odwiedzonych mieścin, w której nie spotkaliśmy nic szczególnego. na dodatek trwała budowa głównych ulic, więc znów pełno kurzu.

Z Damenglong wyjechaliśmy w południe. Już po 10 minutach mieliśmy przymusowy postój – złapaliśmy gumę. Zajechaliśmy więc do lokalnego zakładu wulkanizacyjnego.

Lewarek niepotrzebny – wystarczy kawałek drewna :P

Wyciągaliście kiedyś kawałek szkła z opony? Jest to naprawdę niełatwe zadanie, jednak kierowca autobusu uparł się, że nie chce wymieniać opony i sam zabrał się za wyciąganie czegoś, co w niej utkwiło. Z marnym skutkiem.

Jakość opony w busie też pozostawiała sporo do życzenia :/

Po ok 30 minutach kierowca spasował, zgodził się na wymianę opony i ruszyliśmy dalej. Po pewnym czasie droga zaczęła się wić niczym serpentyna, aż w końcu z asfaltu wjechaliśmy na szuter – droga była w budowie. I całe szczęście, że ją budowali, bo gdybyśmy mieli jechać takimi wertepami cały czas, to nasze błędniki oszalałyby. Poza tym, nie wyobrażam sobie jak można tamtędy przejechać w czasie deszczu, gdy droga jest pełna gliniastego szlamu.

Na szczęście udało nam się bezpiecznie dojechać do Mengsong. Miejscowość mała, aczkolwiek to jeszcze nie koniec świata, choć blisko granicy z Birmą – stoją tu już pierwsze budy z patrolami przygranicznymi. Wysiadamy z autobusu, pytamy o drogę do Yako, wioski, gdzie chcemy spędzić następną noc, i wyruszamy. Po 20 minutach mijamy kolejną małą wioseczkę Guanming, po raz kolejny pytamy o drogę i wchodzimy do dżungli. I to jest właśnie kluczowy punkt naszego treku – to w tym miejscu zapominamy zapytać o dużą drogę. Dużą, czyli normalną drogę, którą wszyscy tubylcy chodzą, a zmotoryzowani bez problemu będą mogli nią przejechać. Osoby, które pytaliśmy o drogę niestety (dla nas) nie wysiliły się i nie zapytały, jaką drogą chcemy pójść. Dostaliśmy więc informację, która zaprowadziła nas do… nikąd.

Za chwilę dotrzemy do Guanming

W takich oto domkach mieszkają ludzie w wioseczkach, które mijaliśmy

Gdzie jest Wally? I gdzie jest ścieżka?

Na początku ścieżka wydawała się być całkiem niezła – dość szeroka, tak, że człowiek na motocyklu spokojnie by dał radę nią przejechać. Potem zaczęła się zwężać, aż nagle po przekroczeniu strumyka zaczęliśmy jej po prostu szukać. Byliśmy w drodze od ponad 2h.

Jeżeli:

  • idziesz przez dżunglę albo taki bardziej zarośnięty las,
  • nie masz przewodnika, dokładnej mapy, a na google maps widzisz tylko biały obszar i małą niebieską kropkę, czyli swoją pozycję, która niewiele ci mówi,
  • ścieżka zaczyna się zacierać,
  • nie jesteś pewny, czy ścieżka jest naprawdę ścieżką,
  • chcesz iść dalej, bo jesteś przekonany, że za następnym zakrętem/górką dojdziesz do miejsca swojego przeznaczenia

to najwyższa pora, żeby się cofnąć. W naszym przypadku to Kasia pierwsza zareagowała na to, że coś dziwnego zaczyna się dziać ze ścieżką. I miała nosa. Po pierwsze lokalsi powiedzieli nam później, że nie ma czegoś takiego jak stan pośredni – albo ścieżka jest, albo jej nie ma. Ścieżki nie znikają nagle w środku lasu. Po drugie okazało się, że szliśmy w zupełnie innym kierunku niż powinniśmy. Dlatego z uczuciem lekkiego zawodu postanowiliśmy cofnąć się do Mengsong. Potem to uczucie zmieniło się w ulgę, gdy dowiedzieliśmy się, że moglibyśmy tak iść może i kolejne 2 dni.

Spotkane po drodze dwie kobiety, które w lesie zbierały ropuchy, stwierdziły, że nie dziwota, że się zgubiliśmy, skoro ścieżką, którą obraliśmy, nie chodzą nawet tubylcy. Świetnie, to dlaczego ją nam wskazano?

Koniec pierwszego dnia trekingu podsumowaliśmy takim oto komentarzem audio:

Dzień 2

Nazajutrz wyruszamy z nadzieją, że dziś uda nam się trafić do Yako. Tak jak dnia poprzedniego mijamy Guanming, pytając prawie każdego napotkanego człowieka o dużą drogę do Yako. Tym razem droga okazuje się być rzeczywiście spora. Mijają nas motocykle oraz pojazdy, które są czymś na kształt stałego połączenia motorka z przyczepką. Żeby zaoszczędzić trochę czasu staramy się złapać jeden z tych śmiesznych pojazdów. I od razu nam się udaje. Nie ważne, że przyczepka jest już prawie cała zajęta przez starsze kobiety, jadące prawdopodobnie do pracy na plantacji herbaty. To właśnie najbardziej nam się podobało podczas całej wyprawy – podejście tamtejszych ludzi. Praktycznie zawsze spotykaliśmy się z uśmiechem, przyjaznym machaniem ręką, hello, czy nawet propozycją podwózki. W końcu niecodziennie można spotkać na swojej drodze białasa z wielkim plecakiem :P

Oto nasz pierwszy środek transportu tego dnia. Gdybyście tylko widzieli jak kierowca był wdzięczny, gdy za podwózkę uiściliśmy drobną opłatę paliwową w postaci 10 juanów (5 zł). Bezcenne.

Po 15 minach jazdy, a następnie 40 minutach marszu lądujemy w Yako. Gdzie to jest? Możecie sprawdzić na poniższej mapce:

Wyświetl większą mapę

Dzięki podwózce zaoszczędziliśmy trochę czasu, więc stwierdziliśmy, że kolejne 7h do Bulangshang nie powinno być problemem, i że dotrzemy do miejscowości jeszcze przed zmrokiem. O ile oczywiście wszystko pójdzie sprawnie. A nie poszło… grrrr…

Yako majaczy na horyzoncie.

Po krótkim postoju w Yako ruszmy dalej. Nauczeni wcześniejszymi doświadczeniami, pytamy tym razem już o dużą drogę do Bulangshang. Przez pewien czas mamy nawet małą eskortę – idą z nami starsi państwo oraz dwa psy. Od czasu do czasu odwracamy się i upewniamy czy idą za nami. A nóż za chwile natkniemy się na jakieś rozwidlenie i nie będziemy wiedzieć, w którą stronę mamy iść. Niestety staruszkowie skręcają na pole herbaty i od tej pory jesteśmy zdani tylko na siebie. I wszystko idzie dobrze, do pierwszego skrzyżowania. Lekko na czuja wybieramy drogę i idziemy dalej.

Od czasu do czasu sprawdzam naszą pozycję na GPS – na początku kierunek był jeszcze ok. Jednak po pewnym czasie niebezpiecznie szybko zbliżaliśmy się do granicy z Birmą. Na drodze nie było żywego ducha. Dopiero mniej więcej na kilometr przed granicą spotykamy kogoś i pytamy, czy idąc dalej dojdziemy do Bulangshang i czy będziemy szli po stronie chińskiej. Widać, że spotkany gość nie jest do końca pewny, może będzie droga, może nie, może w Chinach, może w Birmie. Co robić? Idziemy dalej. Po pewnym czasie dochodzimy do skrzyżowania z dość dużą drogą. Sprawdzam telefon i co? Jesteśmy już w Birmie! Szybka narada, chwila restu, odwracamy się na pięcie i spadamy, żeby tylko nie zostać przyuważonym przez pograniczników.

To gdzie w końcu idziemy? Do Bulangshang czy do Birmy? :P

Po 5 minutach słyszymy dźwięk silnika motocyklowego. Jedzie dwóch ziomków, na oko noszą wojskowe uniformy. Uciekać, czy nie uciekać? Okazuje się, że jednak nie są to strażnicy graniczni, a jedynie lokalni ziomale. Kasia chwilę gawędzi na temat drogi do Bulangshang, a ja podrzucam pomysł podwózki do Yako. Kasia pyta motocyklistów, czy uda się im nas wziąć. I już po chwili mkniemy na grzbietach motocykli, zostawiając za plecami Birmę i plany dotarcia do Bulangshang. Panowie są tak mili, że oferują nam nawet podwózkę do miejsca, z którego tego dnia wyruszyliśmy. Do zachodu jeszcze sporo czasu, więc zdecydowaliśmy się na trek, dziękując za niezwykle emocjonującą podróż.

Lekko zrezygnowani, ponieważ nie udało się osiągnąć zamierzonego celu, udaje nam się złapać busika do Jinghong. I tym samym zakończyć przygodę z trekiem w Xishuangbanna.

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , , , , , , , , ,

  • http://www.facebook.com/people/Natalia-Zimna/100000862137804 Natalia Zimna

    zbieranie ropuch??? a po co??? niezła wyprawa ;)

    • Krzysztof Benedykciński

      No raczej w celach spożywczych :-) dzięki!

  • AW

    Super opis i zdjęcia!
    Ot, Azja…. ;) )

    • Krzysztof Benedykciński

      dzie-ku-je-my :-)