Xishuangbanna – Jinghong

Jeździliśmy na motorkach, zgubiliśmy się w dżungli, nielegalnie przekroczyliśmy chińsko-birmańską granicę – tak możemy podsumować nasz krótki, ale jakże intensywny wyjazd do regionu Xishuangbanna.

Wyruszyliśmy we wtorek, wieczorem. Nasz autobus z leżankami (jeszcze nigdy nie jechałem takim, bardzo wygodny sposób na przespanie nocy w podróży, ciekawe dlaczego takie nie kursują po Europie) odjeżdżał z Kunmingu do Jinghong (ok 540 km), największej miejscowości w regionie Xishuangbanna.

Oczywiście od samego początku nie obyło się bez małego stresu. Autobus wyruszał o 20. O 18 wzięliśmy taksówkę, żeby mieć pewność, że będziemy mieć zapas czasu. Kierowca jednak oświadczył, że nie da rady dojechać do południowego dworca (z którego mieliśmy autobus), bo o 19 wszystkie taksówki zjeżdżają do zajezdni (zmiana kierowców; BTW – wyobrażacie sobie, że w 6 mln mieście wszystkie taksówki zjeżdżają do zajezdni o jednej porze, żeby zmienić kierowców? myślę, że niełatwo znaleźć wolną taksówkę ok 19:15). Umówiliśmy się więc z kierowcą, że dowiezie nas tak daleko, jak się da. Pół godziny później zostaliśmy wysadzeni “gdzieś” w Kunmingu. Udało się nam stamtąd złapać autobus jadący bezpośrednio do południowego dworca, jednak w godzinach szczytu nasze tempo poruszania się było co najmniej żółwie. Na szczęście korki rozładowały się – o 19:45 byliśmy na dworcu i po chwili leżeliśmy już zapakowani w swoje spaci pytle (po czesku śpiwory)

Na miejscu byliśmy ok godziny 5:30 – było jeszcze ciemno, aczkolwiek bardzo ciepło, porównując do chłodnych poranków w Kunmingu. Już w drodze do centrum zaczęło świtać. Chcieliśmy ulokować się w bambusowych bungalowach, jednak po 30 minutach szukania na próżno uznaliśmy, że miejsce to już nie istnieje. A szkoda, bo mieliśmy ochotę spędzić noc w tych interesująco zapowiadających się domkach.

Tak właśnie miała wyglądać pierwsza meta w Jinghong | Źródło: http://goo.gl/qqQ9f

Po znalezieniu lokum zastępczego i odświeżeniu się po podróży, zaczęliśmy eksplorować Jinghong. Posileni pierożkami jiaozi w zupie, skoczyliśmy do słynnej Mei Mei Caffee. Muszę przyznać, że wyjątkowo spodobał nam się ten lokal. Nie tylko, że wypiliśmy tam pyszną kawę po yunnańsku (jak dla mnie zwykła, acz zaparzana w ciśnieniowym ekspresie kawa), ale dlatego, że oferowali również bardzo pomocne materiały dla podróżnych. Opisywały one trasy wycieczek po okolicznych wioskach mniejszości etnicznych, trekingów czy wycieczek rowerowych. Materiały pomocne, aczkolwiek jak przeczytacie w kolejnym poście, nie do końca.

Dziewczyny uważnie studiują materiały informacyjne w Mei Mei Cafe

Po kawce i zastrzyku informacyjnym, ruszyliśmy dalej. Skierowaliśmy się nad Mekong. Rzeka nie zachwycała czystością, jednak nie każdemu to przeszkadzało – widzieliśmy jednego śmiałka kąpiącego się w rzece, zaraz przy osobach myjących swoje…. samochody :P

A czemu by nie umyć sobie samochodu w rzece?

Następnie za cel obraliśmy miejsca zielone: Peacock Park oraz Botanical Garden. Pierwsze niczym szczególnym się nie wyróżniało. Jedyne, co zapamiętałem, to to, że siedzenie na zwykłej huśtawce kosztowało 5 juanów. Czym prędzej więc zmieniliśmy miejscówkę na Botanical Garden. Ogród botaniczny w Kunmingu to szczerze mówiąc jakiś lichy zagajnik w porównaniu do ogrodu w Jinghong. Wielki park, podzielony na sekcje tematyczne takie jak palmy, kauczukowce, owoce egzotyczne, drzewka bonsai etc. Spędziliśmy tam kilka dobrych godzin spacerując między różnymi roślinami.

Przy wejściu do ogrodu spotkaliśmy ogromne pływające liście – niczym te w poznańskiej palmiarni

Kasia zbiera “owoce” kauczukowca

I skleja sobie paluchy gumą naturalną :)

Owoce same prosiły się o zerwanie – kara 500 juanów skutecznie nas od tego odwodziła :P

Bardzo interesującym zjawiskiem był również sposób zwiedzania ogrodu przez Chińczyków.

Oto w jaki sposób Chińczycy “zwiedzają” ogród botaniczny: wychodzą z autobusów, pakują się do meleksów, które wężykiem jadą przez cały park; potem krótka przerwa na futrowanie owoców, z powrotem do meleksów i do autobusu. Czyż nie wspaniała rozrywka?

W tak zwanym międzyczasie oczywiście znalazł się czas na obiad. W knajpie do posiłku kupiliśmy z Denisem piwko, na którym dostrzegliśmy bardzo ciekawą etykietę. Słyszałem, że chińska medycyna naturalna jest dość specyficzna, ale nie wiedziałem, że piwo może w taki sposób działać na rośliny.

Zwykłe piwo powoduje, że kwiatek więdnie, TO piwo jednak da mu siły by nawet po zerwaniu był świeży i pachnący.

Dzień zakończony kolacją w słynnej, z przewodnika Lonely Planet, restauracji tajskiej. Generalnie sporo ludzi, czas oczekiwania oraz potrawy nie zachwyciły mnie szczególnie (ryba to w ogóle jakaś farsa była – jakby kucharz wrzucił ją na wielki ogień i zostawił na 20 minut, same spalone ości praktycznie). Kasi smakowało, nasi rosyjscy znajomi też nie narzekali.

Podsumowując, Jinghong to bardzo urokliwe miasto, zupełnie nie przypominające naszego zatłoczonego i zakurzonego Kunmingu. Jednak, co już jest widoczne u wybrzeża Mekongu, powoli staje się zwykłym chińskim molochem, z zasłaniającymi horyzont wielkimi osiedlami. Znając tempo budowy Chińczyków, Jinghong może podzielić los Kunmingu już za 3-5 lat.

To be continued…

Więcej zdjęć dostępnych w galerii

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , , , , ,

  • http://www.facebook.com/bartosz.bialas Bartosz Białas

    Super wyprawa! :D i bardzo fajne zdjęcia :) Czekamy na kolejne części!

    • Krzysztof Benedykciński

      Dzięki Bartek. Kolejne części już w przygotowaniu :)