Nie możesz zmienić zdania, czyli pierwsze starcie z nauczycielem

Jakiś czas temu zostało ogłoszone, że pod koniec listopada uniwerek będzie organizował dzień sportu (a raczej 3 dni). Z tej okazji zapisaliśmy się z Kasią i Elizabeth na biegi – Kasia chciała wystartować na 3000m, ale okazało się, że kobiety nie biegają na 3km (tylko faceci, co za seksizm!). Elizabeth i ja zapisaliśmy się na 100m.

Dopiero po tygodniu dowiedzieliśmy się (drogami jak najbardziej nieoficjalnymi), że w czasie dni sportu nie będziemy mieli zajęć. Pomyśleliśmy, że należałoby wykorzystać ten czas i ruszyć się z Kunmingu. Dlatego poszliśmy do nauczycielki, u której się na ów bieg zapisywaliśmy, i poprosiliśmy o wypisanie się z niego. Nie robiła żadnego problemu i na oczach Kasi wypisała nas z listy.

Po kilku dniach dzwoni do mnie moja nauczycielka (Lipingowa, reprezentantka typowego chińskiego myślenia) i pyta dlaczego się wypisaliśmy. No to ja na to, że się po prostu wypisaliśmy i już. Nie będę oczywiście opowiadał, że chcemy gdzieś sobie pojechać w tym czasie – zdarzyło się, że znajomy powiedział nauczycielce, że nie będzie na zajęciach, bo chce podróżować. Ta zakazała mu opuszczania lekcji z jakiegokolwiek powodu pod groźba niedopuszczenia do egzaminów. Dlatego teraz jeśli chcemy gdzieś pojechać, po prostu nikomu nic nie będziemy mówić, tylko spakujemy się i już nas nie ma.Wracając do tematu – następnego dnia po telefonie, czyli dziś na zajęciach, nauczycielka zaczyna nam znów suszyć głowę – jaki mamy powód rezygnacji z zawodów. Ja na to, że jest to nasza osobista sprawa. A ona nadal drąży – że nauczycielka, która nas zapisała na zawody będzie mieć nieprzyjemności, że jak się raz zdecydowaliśmy to nie powinniśmy zmieniać zdania itp. Co mnie to obchodzi? Nikt nam nie powiedział wcześniej, że będzie wolne, więc o co chodzi? Lipingowa sama przyznała, że nie ogłaszała wcześniej, że będzie wolne z obawy przed wyjazdem Laotańczyków i Wietnamczyków do domu. A co w tym złego, że ktoś chce wrócić do domu na kilka dni? A właśnie to, że powinni siedzieć w tym czasie na uczelni i oglądać jak Chińczycy biegają, skaczą w dal i rzucają kulą. Ogarniacie kuwetę?

Ten pomnik zawsze nam przypomina w jakim kraju się znajdujemy (dla niewtajemniczonych ów pan z brodą to Karol Marks)

Wiecie, co jest w tym wszystkim najbardziej denerwujące? Że te całe rozmowy prowadzone są z uśmiechem na chińskiej gębie. Krew mnie zalewa, że w chińskiej głowie nauczycielki nie mieści się, że ja chcę robić coś innego niż patrzeć na sportowe popisy uczniaków, a ta z uśmiechem na twarzy i uporem maniaka pyta czy wezmę udział w zawodach… cytując moją nauczycielkę od fizyki z liceum nawet anioł straciłby cierpliwość.

Jakie z tego płyną wnioski na przyszłość?

  1. Nie zapisujemy się już na żadnego typu aktywności organizowane przez uniwerek. Nawet jeśli rektor chciałby pograć z nami w badmintona (albo zapytać o to, jakiego antywirusa używam na swoim telefonie), to będziemy musieli delikatnie acz stanowczo odmówić.
  2. Nie rozmawiamy z nauczycielami przez telefon – nie da się czasem z nimi logicznie porozmawiać face-2-face, a co dopiero przez telefon, gdzie są zakłócenia, łatwo o niezrozumienie i przeinaczenie naszej wypowiedzi.
  3. Zaczynamy nagrywać rozmowy z nauczycielami/pracownikami akademickimi – czas zbierać dowody na to, że ktoś coś powiedział, a nie że w późniejszym czasie będą nam robić wkręty i robić wodę z mózgu.

Dobrze, że przynajmniej wieczór spędzimy miło – przychodzą Julia z Denisem i będziemy oglądać Jak rozpętałem II wojnę światową :) Denis nie mógł ze śmiechu, kiedy znalazł fragment filmu na YT, w którym Franek Dolas próbuje wkręcić niemieckiego żołnierza, że nazywa się Grzegorz Brzęczyszczykiewicz :D

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, ,