Language exchange, czyli jak uczę się z Chińczykami

Od początku pobytu w Chinach chciałem znaleźć Chińczyków, którzy będą chcieli uczestniczyć w wymianie językowej – oni uczyliby mnie chińskiego, ja uczyłbym ich angielskiego. Nawet nie wyobrażacie sobie jacy oni są spragnieni kontaktu z zagraniczniakami (czytajcie z ludźmi z Zachodu). Elizabeth (która jednocześnie uczy się chińskiego oraz naucza angielskiego Chińczyków na naszym uniwerku) zwykła mówić, że jest zafascynowana tym, jak bardzo Chińczycy łakną wiedzy na temat Zachodu, naszej kultury oraz języka. Jestem podobnego zdania.

Na każdym kroku spotykam się ze spojrzeniami pełnymi zaciekawienia, co rusz widać, że ktoś aż chce podejść do mnie, żeby zagaić choćby na chwilkę – zapytać skąd jestem, co tu robię, czy jestem nauczycielem (zdarza się, że Chińczycy kłaniają mi się mówiąc “dzień dobry nauczycielu”). Kiedy już się przełamią, chcą jak najwięcej skorzystać na choćby krótkiej kurtuazyjnej konwersacji.

W moim przypadku było bardzo podobnie. Joyce, z którą spotkałem się na razie tylko raz, poznałem przypadkowo, przed stołówką. Stała z grupą koleżanek (a jakżeby inaczej!) niedaleko mnie. Zagaiła i po krótkiej konwersacji oboje doszliśmy do wniosku, że damy radę się porozumieć (co jest dość kluczowe w przypadku wymiany językowej) i że możemy się spotykać na chińsko-angielskie lekcje. Jeśli nigdy nie uczyliście nikogo (a szczególnie języka), to nawet nie wiecie jaką można mieć z tego frajdę. Wyobraźcie sobie, że przerabiacie tekst o narciarzu, który zdobył złoty medal podczas igrzysk. Pojawia się słówko “course”, które w tym kontekście oznacza tor jazdy narciarza. Jak to wytłumaczyć? Najprościej – narysować!

The simpler, the better!

Z Emmą było trochę inaczej. Poznałem ją podczas targów szkolnych kółek zainteresowań. Kiedy zapisywałem się do kółka fotograficznego i wpisywałem swoje dane (telefon i e-mail), podeszła i zapytała mnie czy używam FB. Od razu zapaliła mi się lampka, że to na pewno ogarnięta dziewczyna. I tak też jest. Płynnie mówi po angielsku, więc raczej w tym przypadku wiele jej nie nauczę. Jednak ona nie ma nic przeciwko. Rozmawiamy głównie po angielsku (wiem, powinienem mówić raczej po chińsku, ale jak mi coś tłumaczy, to jak? po chińsku? coś chcę z tego rozumieć, prawda?), więc ona też na tym korzysta mając kompana do dyskusji. Emma ma otwarty umysł, jest świadoma różnic kulturowych między Azjatami i Europejczykami, jest typowym przeciwieństwem chińskiego myślenia. Dziś wypożyczając książkę o nauce chińskiego, przyznała, że lubi czytać po angielsku (łyknęła np. Harrego Pottera). Już w sumie sam fakt przeczytania HP świadczy też o tym, że jest świadoma istnienia innej (niż tylko chińska) kultury.

Podczas dzisiejszego spotkania zapytałem ją o komplementy. Słyszałem, że w chińskiej kulturze nie dziękuje się za komplementy. Byłoby to odebrane jako niegrzeczne, niestosowne – to tak jakbym się przechwalał: “tak, rzeczywiście jestem bardzo dobrym wspinaczem”. Jednak Emma stwierdziła, że powoli się to zmienia, zwłaszcza wśród młodych osób, które coraz częściej są pod wpływem kultury zachodu. Dodała, że nie jest już nietaktem podziękowanie za komplement. Nadal jednak można odpowiedzieć w stylu “nie, wcale nie jestem”.

Bardzo cieszę się z spotkań wymiany językowej. Poznaję nie tylko nowe słówka czy uczę się jak poprawnie konstruować zdania. Ważny jest przede wszystkim wymiar kulturowy – bez tego nie ma przecież mowy o wzajemnym zrozumieniu i szacunku.

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

,