Chińskiego bałaganu ciąg dalszy

Pamiętacie jak na początku naszego pobytu mieliśmy pełno spraw do załatwienia w biurze spraw studentów międzynarodowych? Ostatnio znów musieliśmy odwiedzić to miejsce (a już miałem nadzieję, że nie będę musiał tam zaglądać) żeby odebrać nasze karty biblioteczne. Po 6 tygodniach nauki, żeby nie było! Poszedłem do biblioteki, żeby sobie coś wypożyczyć po angielsku. Najpierw aktywacja karty. Okazało się, że mam źle wpisane imię. Na karcie było inne niż na legitce.

Nie trzeba znać chińskiego, żeby się domyśleć, że imiona są różne ;-/

Podałem więc telefon z wykręconym numerem do naszej opiekunki grupy, Li Ping. Ta zdaje się potwierdziła moją wersję, że ja to ja, a nie jakiś przypadkowy ziomek, bo pozwolono mi wejść do wypożyczalni. Jak się później okazało, przypadkiem wybrałem numer Kasi, więc to ona potwierdziła moją wersję :D .

Wybrałem książkę, idę do “kasy”. Tam jednak kolejna zwiecha, tym razem cholera wie, o co chodzi. Stoję więc spokojnie i ćwiczę swoją cierpliwość (Chiny doskonale się do tego nadają), pisząc jednocześnie tego posta na telefonie. No i strzelając foty paniom głowiącym się nad zawiłościami systemu bibliotecznego.

Pamiętacie kawał o policjantach (nic nie mam do policji niezależnie od kraju, w którym mieszkam): dlaczego policjanci chodzą parami? Bo jeden umie pisać, a drugi czytać. Czasem mam wrażenie, że tu jest podobnie z urzędnikami.

Ostatecznie jednak udaje mi się wypożyczyć książkę. Odchodzę wesół, no może pół-wesół, myśląc o tym, kiedy znów padnę ofiarą chińskiej biurokracji :)

Aha, zapomniałbym – mieliśmy dziś jeszcze obowiązkowe spotkanie z policją. Prawili morały o tym, że po przyjeździe do Chin należy się zarejestrować w najbliższym komisariacie policji w ciągu 24h (dzięki za info po 6 tygodniach!). Oprócz tego dowiedzieliśmy się, że nasze osiedle jest uważane za siedlisko zła – pijani Amerykanie (każdy białas, który nie wygląda na Włocha to przecież Amerykanin, my też)  i Włosi rozrabiają, biorą narkotyki i nie chodzą na zajęcia, trwoniąc jednocześnie krwawicę swoich rodzicieli. Koleś, jak to stwierdził Denis, mamrotał to praktycznie do siebie, bo nikt go nie słuchał. Po za tym mówił po chińsku, więc taki ktoś jak ja, za dużo nie wyniósł z tego iście pouczającego wywodu.

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, ,