Chiński system nauczania, czyli ucz się sam

Chciałem dziś przekazać Wam moje odczucia z zajęć. Nie jestem odosobniony w swoim stanowisku na ten temat. Elizabeth, koleżanka z mojej grupy (pamiętacie, Murzynka z Londynu) podchodzi do tej kwestii w podobny sposób.

Musze przyznać, że czymy się rzeczy, które na początku nie są za bardzo potrzebne. Bo po co mi znać takie słówka jak sąd czy prywatne przedsiębiorstwo? Ja chcę kupić w knajpie posiłek, w sklepie zapytać czy jest masło a na ulicy spytać którędy do przystanku.

Jak patrzę na tak wyposażoną klasę, to myślę, że przeniosłem się do czasów B. Prusa. A mój kręgosłup cierpi niezmiernie przy tej wysokości krzeseł.

Moje zajęcia to czytanie, słuchanie, mówienie i podstawy chińskiego. Kadra nauczycielska przedstawia się następująco:

Liping – od początku przypominała mi kogoś na kształt wychowawcy klasy. Martwi się o wszystko i wszystkich, jakby była naszą matką (oj, jesteś chory; czy nie jest ci za zimno; gdzie wyjeżdżasz na weekend? muszę wiedzieć, żeby w razie czego móc Ci pomóc – w domyśle muszę mieć na ciebie oko, gagatku :) ). Czy dla was też trąci to lekko chińską wtyką? Może jestem przewrażliwiony, ale trzeba uważać. Jej metody nauczania są dla mnie najmniej jasne –  lekcję przypominają mi naukę niemieckiego (od razu przepraszam wszystkich, którzy lubią i dobrze znają ten języka, nie należę do takich osób). Na początku jakaś czytanka z przypadkowymi słówkami, które później zostaną wytłumaczone. Potem jakieś ćwiczenia. W międzyczasie przypomni sobie o jakiejś sprawie organizacyjnej (jako wychowawca informuje nas o różnych rzeczach, szkoda, że bardzo wybiórczo – jeśli mamy coś zapłacić, to jest to pierwsze do ogłoszenia, jeśli dzieje się coś ciekawego na kampusie, tak jak pisałem wcześniej, to już niekoniecznie). Sprowadza się to do tego, że zajęcia nie mają żadnej struktury czy organizacji. Kiepsko.

Dzisiaj to już w ogóle przeżyłem szok, kiedy jeden ziomek z mojej grupy przyszedł spóźniony 40 minut (kto przychodzi po 40 minutach na zajęcia? lepiej sobie pospać :P ), a Lipingowa kazała mu wyciągnąć rękę i mu przywaliła kilka razy. What the hell?! Dobrze, że nie wyciągnęła dyscypliny. Normalnie poczułem się jakbym się cofnął do czasów zaborów albo jeszcze wcześniej. Najlepsze jest to, że czasami w klasie panuje taki hałas, że nie słyszę swoich myśli, a ta nic – zero reakcji. Tym bardziej zaskoczyła mnie dzisiejsza akcja ukarania spóźnialskiego. Na moje nieszczęście mam z nią podstawy chińskiego i czytanie, czyli widuję się z nią najczęściej.

Jest typowym przedstawicielem chińskiego sposobu myślenia.

Jun - młoda, energiczna kobieta, która stara się nas czegoś nauczyć podczas lekcji mówienia. Nie wiem czy to z powodu tego, iż nie jest naszą wychowawczynią, nie przejmuje się spóźnieniami, jednak umie zapanować nad rozbryka bandą z Laosu. Ma dość otwarte i nowoczesne podejście do nauczania – na jej prośbę przestawiamy ławki tak, żeby tworzyły literę U – mamy wtedy lepszy kontakt ze sobą i możemy pracować w grupach. Szkoda tylko, że jej sposób pojmowania pracy grupowej ma się nijak do naszego (nie tworzymy grup po to, żeby wspólnie coś napisać, ułożyć dialog czy coś na tą nutę, ale żeby rywalizować między grupami o punkty – w moim odczuciu nie ma to większego sensu), ale można powiedzieć, że wprowadza ożywienie w zajęcia.

Moja klasa jest już nieco lepiej przygotowana - mamy 2 głośniki (działa tylko jeden) i rzutnik! Uwierzycie? Przy tablicy nauczycielka Jun

Od razu można poznać, że reprezentuje młode pokolenie – śmieje się, gdy popełnia błąd (podobno jest to wśród chińczyków bardzo naturalna reakcja, i dobrze!), czasem spojrzy w moją stronę, gdy nie zna angielskiego słowa, zapytała nas nawet, czy coś chcielibyśmy zmienić w jej sposobie prowadzenia zajęć. Jak na razie jest moją ulubioną nauczycielką.

Unnamed guy – nie znam imienia kolesia od słuchania, co mówi samo przez się. Generalnie ziomas nie przejmuje się niczym – na zajęciach mogłoby powstać tornado, a on i tak ze swoim stoickim spokojem nadal będzie puszczał kolejne ćwiczenia na słuchanie chińskich sylab i wyrazów. Z jeden strony ma to swoje plusy – jak przynudza, można zrobić zadanie domowe z innego przedmiotu. Z drugiej strony szkoda, że zajęcia nie są zbyt interesujące. Co więcej, na początku, delikatnie mówiąc, ignorował Elizabeth i mnie. Może to dlatego, że jego angielski jest najgorszy (z całej trójki nauczycieli) i jest po prostu nieśmiały. Po miesiącu uśmiecha się już, kiedy mówię mu dzień dobry, co świadczy, że oswoił się już z nami. Jest nadzieja na poprawkę.

Tak, to moja klasa - przykro się robi, prawda? Nie wiem, czy osoby odpowiedzialne za sprzątanie nie odwiedzają jej czy jak?

Podsumowując, mam wrażenie, że ktoś, kto tworzył program zajęć i napisał książkę nie podszedł to tego procesu według metodologii user experience. Prawdopodobnie dlatego, iż lecimy z materiałem stricte z książek, zajęcia nie wydają się być dostosowane do osób, które powinny na początku poznać podstawowe słownictwo wystarczające do przeżycia w Państwie Środka. Dlatego, jeśli chcesz się przeżyć – ucz się sam. Ja już to robię – w najbliższym czasie spotykam się z dwoma Chinkami na prywatnych lekcjach chińskiego :D

I na koniec tego przydługiego postu, coś ciekawego. Mam nadzieję, że kiepska jakość Was nie wystraszy – poranna gimnastyka w chińskim wydaniu. Codziennie rano podczas pierwszej przerwy między zajęciami pan strażnik wyciąga wielki głośnik (ma wtyczkę USB, do której wsadza pena z muzyką!), z którego leci muza wspomagająca ćwiczenia. Enjoy :)

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , , ,

  • mati

    lekcje niemieckiego – lezka w oku :)

    • Krzysztof Benedykciński

      True, true :-)