Pierwszy dzień w Kunmingu

Był długi… oj, naprawdę długi. Wstaliśmy wszakże już o… 2 w nocy (czasu Polskiego, w Kunmingu była 8). Powieki zupełnie nie chciały się otworzyć, prawie nie wiedziałem gdzie jestem. Grając w papier-kamień-nożyce wygrałem z Kasią (która poszła pierwsza pod prysznic) jeszcze 10 minut snu. Po wyjściu z pokoju okazało się, że dzień zaczął się niezbyt miło – na zewnątrz siąpiło, było chłodno i nieprzyjemnie. Pogoda totalnie barowa, a my musimy lecieć na uczelnię. Ba, mało tego – musimy zacząć szukać mieszkania. Po wciągnięciu smacznego naleśnika z jajkiem, ruszyliśmy na uczelnię. I tutaj od razu standard w chińskim wykonaniu – nikt nic nie wie. Strażnicy przy bramie (wydawałoby się, że jest to osoba, która powinna ogarniać takie tematy jak lokalizacja poszczególnych budynków na terenie kampusa) wybauszyli tylko oczy. Studenci – też nie słyszeli raczej o administracji. Dopiero pałętając się od budynku do budynku, natrafiamy na panią, która coś wie. I tutaj zaczyna się nasza podróż po różnego rodzaju pokoikach, z kwitkiem w ręku, który musi podpisać każda bardzo ważna osobistość na uczelni. Pamiętacie bajkę “12 prac Asterixa”, gdzie Asterix i Obelix musieli załatwić formularz A38 w domu wariatów? W naszym przypadku wyglądało to mniej więcej podobnie – biegamy od jednych drzwi do drugich, uzyskując kolejne wpisiki, zatwierdzenia, potwierdzenia, wypełniamy kolejne papierki, podpisujemy cyrografy. Obsługują nas sami młodzi ludzie, na moje oko może nawet młodsi od nas (mogę się oczywiście mylić, bo młodzi Chińczycy generalnie wyglądają młodziej niż Polacy – a propos wieku naszych chińskich przyjaciół, będzie pewnie o tym osobny wpis na blogu), którzy robią sobie oczywiście przerwę i wywalają nas z pokoju.

Idziemy na dół, na kanapy poszukać mieszkania w necie. Znajdujemy sieć bezprzewodową, pytamy o hasło – standard, nikt nic nie wie. Idę do ziomków z administracji, a tam… wielka siesta, rozwaleni leżą na krzesłach i odpoczywają. Idziemy zatem coś zjeść i kupić chińskie kart SIM. Procedura zakupu jest podobna do naszych pre-paidów, jednak taryfy są znacznie bardziej skomplikowane. Oprócz zwykłych opłat za połączenia i smsy, są jeszcze różne stawki do różnych prowincji. Jakby nie spojrzeć, jest to sensowne – chińskie prowincje mają wielkość europejskich krajów, więc nie dziwota, że dzwoniąc między prowincjami stawki są nieco wyższe. Kasia czyta ofertę, dopytuje w szczególności o pakiet danych (tak, jestem uzależniony od mobilnego internetu). 60 MB miesięcznie to nie moje poprzednie 500 w Polsce, ale do sprawdzenia maila czy adresu na mapie wystarczy. Oprócz tego, w ofercie można dodać też 10 przyjaciół, do których będziemy mieć taniej. Kasia dodała sobie mnie, ale ja już jej nie mogę. Dowiadujemy się o tym po fakcie. No cóż, najwyżej Kachol będzie dzwonić do mnie. Pakiet danych miał jakoś sam zaskoczyć, ale jakoś nie zaskoczył. Poszukam w necie, może coś się z tego jednak uda wycisnąć.

Kasia kupuje karty SIM w "salonie" China Mobile

Po powrocie na uczelnię, dostajemy cynk, że z kompów i neta można skorzystać w bibliotece. Idziemy więc do tego przybytku mądrości. Tam – cicho-sza, pusto jak w głowie chińczyka. Wchodzimy do jakiegoś pomieszczenia z kompami. Tam zostajemy zatrzymani przez jakąś służbistkę – kim jesteśmy, powinniśmy być teraz na uroczystości rozpoczęcia roku, zapytam koleżanki czy możecie tu być! Na takie podejście reaguję w jeden sposób – olewa i spadam. Odpaliłem wifi w telefonie, okazało się, że jest niezabezpieczona sieć. Ukryliśmy się gdzieś na piętrze i zaczęliśmy przeglądać oferty mieszkań. Kasia dzwoniła, ja robiłem notatki. Jednak nic z tego – wszystkie obdzwonione mieszkania były albo zajęte, albo ktoś nie chciał mieszkać z białasami “bo mają oni inne standardy niż Chinole” (po tym, co dziś widzieliśmy w jednym mieszkaniu jak najbardziej się z tym zgadzamy). Udało się coś znaleźć, blisko uniwerku, idziemy więc obejrzeć metę. Miejscówka fajna, zamknięte osiedle, z wewnętrznym parkiem, stolikami i ławkami, gdzie Chinole grają w gry, gimnastykują się i czeszą psy :P Jednak, kiedy dojechaliśmy na to 17 piętro (budynki miały ich 33), naszym oczom ukazał się… jeden wielki syf. Dwie Chinki mieszkające w trzypokojowym mieszkaniu, zrobił z niego jakąś masakrę. Kuchnia wyglądała, jakby wybuchł w niej przed chwilą granat – sam gruz (a może po prostu gruba warstwa kurzu?), brudno i generalnie syf. Brudna podłoga (tak, że żałuje się zdjęcia butów), walające się wszędzie jakieś rzeczy i posklejane taśmą zbite lustro utwierdzają nas w przekonaniu, że rzeczywiście mamy inne standardy niż nasi pożółkli przyjaciele. Od tej chwili chcemy mieszkać już albo sami, albo z ludźmi z zachodu (pomimo, iż wcześniej Kasia bardzo chciała mieszkać z Chinolami ze względu na benefity płynące z konwersacji w ich rodzimej mowie).

Możliwe, że w takim, 33-piętrowym budynku będziemy mieszkać.

Po wyjściu z tego bajzlu, udaje nam się znaleźć biuro pośrednictwa mieszkań. I to nie jedno. Znajdujemy kilka mieszkań, które są zlokalizowane dokładnie na tym samym osiedlu, co oglądane wcześniej mieszkanie. Idziemy tam z miła Chinką. Kasia rozmawia, ja robię za skrybę jak wcześniej. Chinka pokazuje nam kilka mieszkań, z czego najfajniejsze ma niestety kilka zasadniczych wad – za krótkie i za wąskie łóżko, brak jakichkolwiek szafek, brakuje neta (jak się okazało, wszędzie będzie go brakować i będzie trzeba go zakładać na własną rękę).  Poza tym kosztuje 1200 RMB (1 RMB to mniej więcej 0,5 zł) + opłaty, przy czym musimy wynająć na 12 m-cy. Szukamy dalej, nagle Kasia dostaje telefon od jakiejś pośredniczki. Mieszkanie co prawda lekko zaniedbane, bo ziomek, który tam mieszka nie dba, ale wszystko można wysprzątać. Cena 1250. Po obejrzeniu kierujemy się do kolejnej pośredniczki, która oferuje nam to samo mieszkanie za 1100, przy czym musielibyśmy zapłacić za 10 m-cy! Zaczynamy negocjować. Chcemy za 1000, z możliwością płatności za maksymalnie 3 m-ce. Gramy na dwa fronty, czekamy, który pośrednik okaże się wycisnąć lepsze warunki od właściciela. Jutro będziemy dzwonić, mamy nadzieję, że uda się wypracować nasze warunki, bo mieszkanie było naprawdę fajne.

Tak wygląda biuro pośrednictwa mieszkań - jedynym narzędziem pracy jest telefon, bo komputer przecież służy do oglądania filmów

W tak zwanym międzyczasie załatwiamy sobie sprawy uczelniane. Dostaję swój plan lekcji – mam zajęcia od poniedziałku do piątku, od 8 do… 11:10 :) Muszę szybko znaleźć te ścianki wspinaczkowe, bo inaczej umrę z nudów :P jest jednak jedno ale…, albo nawet dwa – mam w grupie póki co 7 osób z Wietnamu i 12 z Laosu. Poza tym zajęcia prowadzone są… po chińsku. Pysznie! Na dodatek Kasia dowiaduje się, że są tylko 2 poziomy nauki – początkujący oraz średnio-zaawansowany, co oznacza, że może się nudzić i cofać w nauce. Czyli trochę lipa… mamy nadzieję, że sytuacja na uczelni ulegnie lekkiej poprawie.

Dzień pełen wrażeń kończymy kolacją z dwoma sympatycznymi Niemcami, którzy zajadali jajecznicę i tofu, a którzy zaprosili nas do wspólnego posiłku. Jutro kolejny dzień załatwiania – idziemy do banku założyć konta, kontaktujemy się z ambasadą i teoretycznie zaczynam zajęcia :P

Wpis opublikowany dopiero w środę, bo nocne przechadzki po Kunmingu uniemożliwiły dokończenie wpisu we wtorek. Mam też drobny problem ze zdjęciami – nie mogę ich wrzucić na bloga, więc wrzuciłem je na Picasę, skąd mogę zaciągnąć na bloga. Jednak nie znam ich URL, bo picasaweb jest blokowana ;/ mam nadzieję, że szybko to obejdę.

About Krzysztof Benedykciński

Entuzjasta technologii internetowych, bloger, wspinacz. Pomimo powrotu do Polski, cały czas stara się zrozumieć chińską mentalność, pisząc swoją debiutancką książkę o życiu białasa w Państwie Środka.

, , ,

  • Paweł

    Moc wrażeń z tego co czytam :) 3 godziny dziennie chińskiego… to Ty w pół roku płynnie opanujesz ten język :P “pusto jak w głowie chińczyka” – nie wiedziałem, że istnieje takie sformułowanie ;) Trzymaj kciuki za znalezienie mieszkania i za pierwsze Wasze zajęcia!

    • beny

      Sformułowanie wymyślone na poczekaniu :) Zobaczymy jak z tą nauką, czy ja w ogóle coś poczaję. Choć większość spotykanych ludzi z zachodu mówi, że jest to najlepszy sposób na poznanie języka :) Mam nadzieję, że uda mi się coś skrobnąć o dzisiejszych poszukiwaniach mieszkania :)

  • zocha

    Zawzięci Azjaci w grupie mogą Ci tempo nauki niebezpiecznie wywindować, więc nie rozpędzaj się z szukaniem ścianki ;) Trzymam kciuki za mniej barową pogodę i poszukiwania uwieńczone sukcesem… i żeby entuzjazm do blogowania nie przygasł!

    • beny

      Pogoda dziś już dużo lepsza, pełne słońce. Wiesz jak to bywa z blogowaniem – na początku masz pełno tematów, wszystko nowe, dużo się dzieje. Później to nieco opada, więc częstotliwość pojawiania się wpisów może spaść. Ale mam nadzieję, że nie do zera :)

  • marek

    jakbyś bardzo chciał/nie mógł obejść blokowania pewnych serwisów, mogę udostępnić mojego UAM-owego proxy z VPNem

    • beny

      dzięki Marek! spróbujemy na razie bez tego, jakby co – zgłoszę się :)